Teraz jest So, 27 lis 2021, 13:07



Odpowiedz w wątku  [ Posty: 51 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna strona
SAGA O KRETESIE 
Autor Wiadomość
Bywalec Nory
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 8 lut 2005, 10:10
Posty: 89
Naklejki: 1
Post SAGA O KRETESIE

Rozdział 1

W którym poznajemy osoby dramatu i bez zdziwienia stwierdzamy, że są nimi Reksio i Kretes. W dalszej części rozdziału dowiadujemy się, nadal bez zdziwienia, że przynajmniej jeden z nich zostaje wplątany w paskudnie zapowiadającą się przygodę.


Słońce dawno już zaszło za horyzont i na gwiaździstym niebie dumnie prezentował swą tłustą twarz księżyc. Nad podwórkiem przeleciał nietoperz, popiskujac niesłyszalnie na uciekającą przed nim ćmę. Było cicho, ciemno i spokojnie. Kury, zmęczone całodziennym monotonnym grzebaniem w ziemi w poszukiwaniu dżdżownic, spały w kurniku. Kogut Wynalazca spał w swym warsztacie z głową ułożoną na poradniku dla majsterkowiczów.
Chomik Dizel spał u Koguta pod szafą i tylko od czasu do czasu, z przyzwyczajenia, przebierał nogami przez sen.
Reksio i Kretes...
Reksio i Kretes nie spali.
Obaj siedzieli u Reksia w budzie.
I grali...

- Dobra, to ja mam czternaście na obu kostkach i stawiam swojego smoka na tym polu i jesteś załatwiony Kretesie. Ha ha ha!
- Eee... chwileczkę, momencik! Nie przejdziesz! - jak to mawiał Gandalf - przecież w tamtej kolejce walnąłem w tym korytarzu Czar Wdepnięcia! Ha ha ha! Wpadłeś drogi Władco Smoków, Czarna Eminencjo, Wielki Magu Rexusie czy jak cię tam zwał. Twój smok wdepnął i teraz przez dwie kolejki nie może zionąć ogniem bo zajety będzie czyszczeniem łap! Ti ti riti... A Kretomir teraz ślicznie pocałuje kosteczki i...Sześć! I proszę bardzo, stawiam krasnoluda tu, sprawdzam skrzynię... Ooo! Złoto, złoto, złoto. Kto by przypuszczał Wielka Nadziejo Czarnych Mocy, co nie? I jeszcze dodatkowo losuję sobie kartę... I to się nazywa mieć szczęście w kartach - Portal Z Wykopem! Hej ho, hej ho do wyjścia by sie szło! A to znaczy, że...
- Taa... Wiem co to znaczy. Wynosisz się z tego korytarza i dodatkowo po teleportacji korytarz się zawala likwidując mojego smoka... Faktycznie wychodzi na to, że siły dobra znowu wygrały. To się zaczyna robić nudne!
- Dla kogo nudne, dla tego nudne. Ty po prostu nie potrafisz przegrywać Reksiu. Ale nic to jak mawiał pewien Mały Rycerz - pykniemy jutro małą partyjkę to będziesz miał szansę się odegrać. A może Kogut i Dizel się dołączą to będzie jeszcze weselej. Dizel jest niezły w warcaby a Kogut dobrze kombinuje. Będzie szansa na zacną walkę o panowanie nad Labiryntem. Dobra, to spadam do nory. Nie składaj planszy Reksiu i niech ci się przyśni Upiorny Tron w Mrocznej Komnacie - He he - Pa. Spadam.
- No cześć... A ty uważaj na sny bo wydaje mi się, że nieco przesadzasz z wchodzeniem w klimat...
- Przepraszam... Chodzi ci o ten hełm i maczugę?
- Nie, chodzi mi o ten garnek i wałek do ciasta co go masz zatknięty za paskiem - he he.
- Na honor! - Wypraszam sobie! - To nie wałek, to Maczuga Niepodejścia! Plus dwa punkty obrażeń od ognia! A Hełm Zobaczenia pozwala mi widzieć w ciemnościach!
- Dobra, dobra - żartowałem. Cześć i do jutra Obłedny Rycerzu!
- Bardzo śmieszne!
I Kretes wyszedł z budy Reksia prosto na otulone nocą podwórko.
Rozejrzał się, przeciągnął i ruszył w stronę nory. Niestety. Czy to magia zaklęta w Hełmie Zobaczenia przestawała działać, czy idąc patrzył w inna stronę - dość, że w ciemnościach Kretes w coś wdepnął.
- A niech to! - I na Odyna! - Coś mi tu wygląda, że wpakowałem się w pozostawiony przez kury Czar Wdepnięcia... Błeee! Rano z nimi przeprowadzę pogadankę wychowawczą i odechce im się czarowania gdzie popadnie. Absolwentki Hogwartu od siedmiu boleści!
Odczarował nogę jak tylko potrafił najlepiej, wycierając ją dokładnie o kępkę trawy, i już miał wskoczyć do norki gdy...
- Na warsztat koguta! - krzyknął - A co to!?
Zaczarowana noga zaczęła świecić intensywnym, zielonym światłem a wokół całej postaci Kretesa pojawiły się jakby smugi lśniącej mgły. Kret chciał ukryć się w norze ale jakaś niewyobrażalna siła trzymała go na miejscu. Był całkowicie sparaliżowany.
O wzywaniu pomocy nie było mowy a dodatkowo, zielone światło na nodze zmieniło się w jakby fluorescencyjny budyń, który zaczął pełznąć i powoli ale dokładnie pokrywać całego Kretesa!
- No ładnie! - pomyślał - Wyglądam jak ozdoba na Halloween!
Była to ostatnia myśl Kretesa bo w tym momencie zrobił - Plong! - i rozsypał się na tysiące kawałeczków, które po kilku sekundach wyparowały.
Całe to zdarzenie obserwowała ukryta w cieniu za kurnikiem tajemnicza, niska postać...

* * * * * * * *

Rankiem nikt nie zwrócił uwagi na tajemnicze zniknięcie Kretesa. Wszyscy wiedzieli, że poprzedniej nocy razem z Reksiem grał do późna w Władcę Labiryntu, i teraz pewnie odsypia. Dopiero wieczorem, gdy przy stole zasiadł Reksio wraz z Kogutem i Dizlem a Kretesa nie było, Reksio się zdenerwował i poszedł do nory Kretesa. Wszedł do środka. Niestety łózko Kretesa było puste.

_________________
Znikam do końca wakacji. . . . .


Cz, 2 cze 2005, 08:20
Ekspert w Dziedzinie Cementu
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 7 lut 2005, 16:05
Posty: 1512
Lokalizacja: inąd
Naklejki: 3
Post 
Brawo, Brawo, Brawissimo

_________________
Piszę poprawie po bangleszstańsku.


Cz, 2 cze 2005, 13:25
Głodomorek
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 4 lut 2005, 21:13
Posty: 3027
Lokalizacja: Szczecin
Naklejki: 1
Post 
Bardzo ciekawie napisałeś Mimlii

_________________
Mahna mahna...

Whovian.

Strzeż się, Izzy Cię obserwuje.


Cz, 2 cze 2005, 13:45
WWW
Post 
strasznie to długie


So, 4 cze 2005, 17:50
Bywalec Nory
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 8 lut 2005, 10:10
Posty: 89
Naklejki: 1
Post 
Rozdział 2

Z którego dowiadujemy się, że nie tylko koniec opowieści nie nastąpił ale wręcz przeciwnie, że ma ona najwyraźniej zamiar toczyć się dalej - oraz o tym, że Kretes odnajduje swoją Ziemię Obiecaną choć sam nie wie, że jej szukał.


Polana skąpana była w promieniach królującego na bezchmurnym niebie słońca. Delikatny, ciepły wiatr lekko poruszał liśćmi drzew rosnacych wokół. Raz za razem z głebi lasu odzywał się dzięcioł zajmujący się leczeniem drzew czy też po prostu konsumowaniem obiadu. Po środku polany pod poskręcanymi konarami prastarego dębu, oparty plecami o jego potężny, gruby pień leżał z zamkniętymi oczami kret. W tym właśnie momencie, jakby wyczuwając, że o nim mowa stęknął i przeciągnął się leniwie. Następnie usiadł, zdiął gogle i przetarł oczy reką.
- Fiuu... ale miałem sen - wymamrotał. - Normalnie ktoś mnie... - przerwał i z szeroko teraz otwartymi oczami rozejrzał się dookoła.
To co zobaczył zmusiło go do zmiany stanowiska.
- Taa...czas przeszły jest tu chyba nie na miejscu... - powiedział pod nosem. - Ja śnię nadal... a to może i dobrze - dodał o wiele spokojniej.
Do zmiany stanowiska zmusił go spacerujący po trawie biały koń. I nawet nie to, że był on biały. Kret Kretes widział przecież w swym pełnym przygód - awanturniczym życiu wiele dziwnych stworzeń. Sam był w końcu gadającym i chodzącym na dwóch nogach kretem. A dodatkowo, po zeszłotygodniowej wizycie wraz z Reksiem w rosyjskim cyrku, byle biały koń nie byłby w stanie doprowadzić Kretesa do wniosku, że nadal śni. Byle biały koń... Tyle, że ten stojacy o kilka metrów od kreta i spokojnie jedzący trawę miał na czole długi, biały, spiralnie skręcony róg. Jeden róg!
- No niech dżdżownicy już w życiu nie zjem! - zaklął szpetnie Kretes. - Jednorożec. Prawdziwy jednorożec! - krzyknął podrywając się z ziemii.
Jednorożec, bardziej zaciekawiony niż przestraszony krzykiem, podniósł głowę i łypnął okiem na Kretesa. Ten zaś wiedziony czy to instynktem łownym kretów czy chęcią przytulenia się, puścił sie biegiem w kierunku jednorożca. Nie dane było - szczęśliwie dla jednorożca - Kretesowi dopaść zwierza, albowiem potknął się o coś ukrytego w trawie i walnął jak długi na ziemię. Jednorogi koń jeszcze przez chwilę obserwował leżącego bez ruchu dziwnego, szarego stwora w goglach a po chwili z dumnie uniesioną głową spokojnie oddalił się i zniknął w lesie.
Po dłuższej chwili Kretes stęknął już drugi raz tego dnia i z niemałym trudem wstał, trzymając się za czoło.
- Fiuu. Ale miałem sen - wymamrotał. - Normalnie walnąłem się głową o kamień chyba... - zamarł, bo przed oczami stanął mu wieczorny powrót do nory, zielony budyń, rozpadanie się na tysiące kawałków, polana w lesie no i oczywiście jednorożec.
- A jeżeli to nie sen? - zapytał sam siebie, rozcierając reką znacznego guza. - A jeżeli to wszystko prawda? - zamyślił się. - Tak, to musi być prawda! Jestem teraz na jakiejś - pięknej wprawdzie - lecz nie znanej mi kompletnie polanie. Dodatkowo mam na głowie znacznej wielkości, bolącego guza. A przecież nikt kto nabija sobie we śnie takiego guza nie śpi dalej jak gdyby nigdy nic. Hmm... Znaczy to ewidentnie, jak dwa plus dwa to cztery, że jestem nie tam gdzie być powinienem. Ale w takim wypadku gdzie? - zakończył pytaniem ten pokrętny, choć w sumie, logiczny wywód.
I w tym momencie, jakby mało było dotychczas niewyjaśnionych sytuacji, Kretes zobaczył leżący u swych stóp w wygniecionej trawie - błyszczący miecz.
- To przez ciebie mam takiego guza ty stary, niko... - przerwał wrzask, bo coś w głowie - najprawdopodobniej mózg - podało mu kartkę z nowym tekstem przemówienia. - Ty piękny, błyszczący, prawdziwy, nigdy jeszcze takiego nie widziałem, a może magiczny, a nawet jak nie to i tak niesamowity MIECZU! - dokończył na jednym wydechu.
A w nastepnej sekundzie już trzymał go w dłoni i oglądał dokładnie, swymi świecącymi się ze szczęścia, krecimi oczami. Trzeba przyznać Kretesowi że miecz był rzeczywiście przepiękny. Rekojeść misternie oplatała czerwona skóra. Jelec przyozdabiały dwa rzeźbione - splecione węże z otwartymi groźnie paszczami. I wreszcie szeroka, obusieczna, tępa głownia zakończona była nabitym na nią średniej wielkości kamieniem...
- Tępa...zakończona kamieniem!? - z wyraźnym rozczarowaniem wyraził swoje oburzenie Kretes. - No granda to jest jakaś - dodał usiłując pozbyć się kamienia.
Lecz choć zebrał się w sobie i ciągnął z całej siły, kamień ani drgnął. Postanowił załatwić sprawę sposobem. Odnalazł w trawie kamień o który nabił sobie guza, chwycił oburącz micz i zamachnąwszy się z całej siły uderzył jednym kamieniem o drugi. Odłamki granitu rozprysneły sie szeroko po łące. Niestety... kamień tkwiący na mieczu - tkwił tam nadal.
- A żeby cię do epoki kamienia łupanego przeniosło! - powiedział i cisnął miecz ze złością w trawę.
I ten właśnie moment wybrał miecz, który był faktycznie tępy ale wyczucie dramatyzmu posiadał, aby odezwać się do siedzącego ze zwieszoną głową Kretesa.
- Nie frasuj się cny krecie! Jam jest bowiem miecz zaklęty, na swych wrogów wciąż zacięty, co czy z bliska czy z daleka, wroga swego ogniem spieka...No to tyle poezją a dalej będzie prozą. Zacznę może od przedstawienia swojej charakterystyki. Zaklety miecz dwuręczny plus dwa obrażeń od ognia i wzrost charyzmy - oczywiście tylko we właściwych rękach. Witam.
- Bardzo mi przyjemnie.
- A mi średnio. Szczególnie po tych próbach usunięcia kamienia.
- Przepraszam... ale musisz zrozumieć. Troszeczkę cię ten kamień szpeci - jakby. A ja zawsze marzyłem o...
- To nie tak jak myślisz. Kamień musi pozostać do czasu gdy skończysz swoją misję i okażesz się mnie godnym. A do tego czasu , możemy przyjąć, że jestem maczugą. Powiedzmy Maczugą Niepodejścia plus dwa obrażeń od ognia. Zgoda?
- No i co, ja biedny kret, mam na to powiedzieć? Zgoda, oczywiście zgo... - Misję!? Jaką znowu misję?
- A myślałeś, że jesteś na wczasach? Zostałeś sprowadzony aby wykonać ważną misję. Reszty dowiesz się we właściwym czasie. A teraz pozwolisz, że - oczywiście metaforycznie - oddalę się.
- Na boga Twaroga! A co jest złego w tym czasie? Myślę, że należą mi się wyjaśnienia. Ten jednorożec, to oblepianie budyniem, ten...
- . . . . . . . . . . . .
- Mieczu?...Mieeczuuu.
Miecz jednak milczał jak zaklęty. To znaczy... Oczywiście był zaklętym mieczem i dzięki temu mógł się odzywać, ale to samo zaklęcie pozwalało mu milczeć. Zgodnie ze starym mądrym przysłowiem o srebrnej mowie i złotym milczeniu. No chyba, że był to po prostu miecz złośliwy.
- Jak sobie chcesz to sobie milcz. Prawdę powiedziawszy mam to gdzieś - fuknął Kretes. - A skoro mam wykonać jakąś misję to czas ruszyć w drogę i poszukać jakiś wskazówek.
To powiedziawszy, rozejrzał się dookoła i zarzuciwszy miecz na ramię, ruszył w wybranym - dodajmy, że losowo - kierunku.
Po jakiejś godzinie dziarskiego marszu leśną ścieżką, umilonego pogwizdywaniem pod nosem, Kretes dotarł do skrzyżowania z szerszym, brukowanym kamieniami traktem. Tuż przy skrzyżowaniu stał, obrośnięty powojem, drewniany drogowskaz. Kretes z zaciekawieniem podszedł do niego i spojrzał na napisy widoczne na drewnianych strzałkach. Podczas czytania oczy zrobiły mu się większe a uśmiech tak szeroki, że przypominał dobrze wyrośniętego banana.
- Taa... Wszystko jasne - powiedział do siebie, stukając się znacząco palcem w nos. - Wygląda mi to na krainę zamków, magii, umięśnionych bohaterów w futrzanych majtkach, jednorożców i gadajacych mieczy. Jednym słowem, znalazłem się w miejscu, które tygryski lubią najbardziej! - krzyknął, podskoczywszy z mieczem uniesionym w ręce. - To prawdziwa Ziemia Obiecana dla takiego bohaterskiego kreta jak ja - dodał nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście.
Uspokoiwszy się nieco, ponownie spojrzał na strzałki, wybrał jedną z nich i poprawiwszy gogle ruszył w kierunku, który wskazywała.

* * * * * * * *
Całą scenę przy drogowskazie obserwowała, zaczajona w krzakach, grupa uzbrojonych po zęby krasnoludów.
- Skaczemy na niego? Co ty na to Mlimli? Fajne ma te gogle... - zwrócił się prawie błagalnie do herszta bandy najniższy z nich.
- Nie. Lepiej nie - odpowiedział Mlimli. - Coś mi tu śmierdzi. On wyglada na bohatera. Widzicie jaki ma miecz? A z właścicielami takich mieczy lepiej nie zadzierać!

_________________
Znikam do końca wakacji. . . . .


Pn, 6 cze 2005, 09:19
Ekspert w Dziedzinie Cementu
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 7 lut 2005, 16:05
Posty: 1512
Lokalizacja: inąd
Naklejki: 3
Post 
:shock: :shock: :shock: TY zostaniesz pisarzem :!: :!: :shock: :shock: :D :D

_________________
Piszę poprawie po bangleszstańsku.


Pn, 6 cze 2005, 13:29
Ekspert w Dziedzinie Cementu
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 7 lut 2005, 16:05
Posty: 1512
Lokalizacja: inąd
Naklejki: 3
Post 
Michcio napisał(a):
I dobrze
Diesel napisał(a):
szalony chomik napisał(a):
strasznie to długie
Michcio napisał(a):
I dobrze

_________________
Piszę poprawie po bangleszstańsku.


Pn, 6 cze 2005, 14:59
Bywalec Nory
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 8 lut 2005, 10:10
Posty: 89
Naklejki: 1
Post 
A będzie jeszcze straszniej... :lol:

_________________
Znikam do końca wakacji. . . . .


Pn, 6 cze 2005, 15:09
Post 
Mlimli napisał(a):
A będzie jeszcze straszniej... :lol:
...to strasznie :lol:


Pn, 6 cze 2005, 18:19
Głodomorek
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 4 lut 2005, 21:13
Posty: 3027
Lokalizacja: Szczecin
Naklejki: 1
Post 
Super będzie:)

_________________
Mahna mahna...

Whovian.

Strzeż się, Izzy Cię obserwuje.


Wt, 7 cze 2005, 07:54
WWW
Bywalec Nory
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 6 lut 2005, 16:48
Posty: 51
Lokalizacja: Rzeszów
Post 
szalony chomik napisał(a):
Mlimli napisał(a):
A będzie jeszcze straszniej... :lol:
...to strasznie :lol:

ale będzie straszno jak będzie straszniej :?

_________________
Diesel
Obrazek


Wt, 7 cze 2005, 09:57
Bywalec Nory
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 8 lut 2005, 10:10
Posty: 89
Naklejki: 1
Post 
Rozdział 3

W którym Kretes ma bliskie spotkanie trzeciego stopnia a następnie poznaje dwóch dziwnych typków, z których jeden jest wyższy od Kretesa, a drugi wręcz przeciwnie i otrzymuje od nich ciekawe informacje. Wystepuje też kilka innych, niemiłych postaci i Kretes ma szansę wypróbować Maczugę Niepodejścia. A może odwrotnie...



Ci co go widzieli, powiadali później, że przyszedł do wsi od strony Kamiennego Traktu. Podobno był niewysoki - nawet jak na kreta. Miał, kompletnie przemoczone padajacym deszczem, szare futro a na głowie - trzeba przyznać, że w tej sytuacji szczególnie przydatne - gogle. Szedł pomiędzy chatami ciężko powłócząc, oblepionymi błotem nogami. Ciągnięty przez niego, zakończony kamieniem miecz - żłobił w mokrej glinie rowek, który natychmiast wypełniała woda. Celem jego marszu był, rozbrzmiewający gwarem, stojący po środku osady budynek.
Wędrowiec zatrzymał się przed schodkami prowadzącymi do wejścia. Przetarł szkła w goglach, wyprostowal się dumnie, postawił nogę na schodach... i poślizgnąwszy się - wyciągnął się na nich jak długi.
Po chwili, przeklinając pod nosem kreci los, wstał... i w tym momencie jego wzrok padł na pergamin przybity do ściany. Przez chwilę uważnie czytał ogłoszenie. Następnie zerwał je, podszedł do drzwi i chwycił za klamkę...

* * * * * * * *
Nazwa gospody - ,,Pod Mokrym Kozłem'' - w pełni oddawała zapach, jakim wnętrze witało gości wstępujących w jej progi. Sala przedzielona była, ażurową ścianką, na dwie - nierówne części. Na ściance wisiały doniczki ze smutnymi paprotkami oraz obraz przedstawiający kozła w szkockiej spódniczce. W obu salach stały drewniane ławy, na których płonęły świece. W wiekszej sali, tuż obok wejścia, znajdował się bar, a pod przeciwną ścianą - kominek. Obie sale wypełniał - oczywiście poza zapachem - gwar rozmów, śpiew i wtórujący mu do rytmu łomot kufli uderzajacych o stoły oraz od czasu do czasu głośny śmiech biesiadników. Wszystko to - poza zapachem - tradycyjnie zostało przerwane, pojawieniem się w drzwiach nowego gościa...

* * * * * * * *
Kretes, z bijącym mocno sercem, dyskretnie rozejrzał się po wnętrzu, starając się jednocześnie nie oddychać przez nos. Przy stołach siedziała cała menażeria. Były tu krety, chomiki, kury a nawet jeden świnek morski. Prawie wszyscy mieli miecze lub topory. Prawie wszyscy mieli hełmy. Kilku miało łuki a kilku długie kije. Ale wszyscy bez wyjątku patrzyli spode łba na Kretesa.
Ten przełknął ślinę, podszedł do barmana i pokazując mu pergamin, zadał pytanie...
- Prawda to, co tu piszą? - powiedział, starając się nadać swojemu głosowi możliwie niski ton.
Kozioł nie przerywając rozmazywania brudną szmatą tłustych plam na powierzchni kufla, spojrzał na Kretesa i wskazując brodą coś za krecimi plecami, powiedział:
- Tych tam dwóch się Panie spytajta. One to, oba dwa, do ścianów i słupów przybijali - dokończył, patrząc krytycznie na kufel.
Kretes podziękował skinieniem głowy i odwrócił się we wskazanym przez karczmarza kierunku.
W rogu sali zobaczył siedzące przy ławie, dwa krety. Wyższy ubrany był w starą miedzianą zbroję. Tu i ówdzie powgniataną i poprzecieraną, a w większej części upacianą tłustą zupą, którą chudzielec jadł - machając drewnianą łyżką. Na twarzy malował mu się wyraz tępego skupienia i zawziętości. Drugi kret był kompletnym przeciwieństwem wysokiego matołka. Niski - grubasek, z krótkimi nogami, przypominał na pierwszy rzut oka beczkę. Siedział rozparty na ławie i wymachując łapą, mówił coś do chudzielca.
- Przepraszam, że przerywam - Kretes przerwał grubemu monolog. - Ale mam pytanie. To wasza wiadomość? - i położył pergamin na ławie.
Gruby spojrzał na Kretesa i zmierzył go wzrokiem. Chudy nic sobie nie robiąc z Kretesa, pracowicie oblewał się zupą.
- Tak. My to wieszaliśmy... A co? - zaczepnie zapytał niższy.
- Bo mam wrażenie, że ta wiadomość jest skierowana do mnie - powiedział Kretes i przysiadł się do stołu.
Chudy, nie przerywając jedzenia, przekręcił głowę i spojrzał z uniesionymi brwiami na Kretesa. Zupa, z rozpędu wlana do ucha, pociekła mu po szyi.
- No proszę, proszę...a to nam kot przyniósł niespodziankę. A skąd, jeżeli można wiedzieć, takie podejrzenie? - z trudem krzyżując ramiona na piersi, zapytał gruby. - Dowodzik jakiś poproszę!
- Mam gadający miecz, który aktualnie jest maczugą. Powiedział mi, że będzie znowu mieczem ale we właściwym czasie. A reszta też się zgadza... Jak chcecie to wam wszystko opowiem - i Kretes opowiedział wszystkie swoje dotychczasowe przygody.

* * * * * * * * *
Taaak... Wyglada na to, że reszta rzeczywiście się zgadza - powidział gruby, gdy Kretes skonczył swoją opowieść. - Znaczy... Witaj! I przepraszam, że takie chłodne powitanie było, ale szpiedzy Imperium mają długie zęby. Tfu! - Uszy! - poprawił się grubas, a nastepnie sięgnął do kieszeni kurtki w biało niebieskie pasy i wyjął sakiewkę. - Hej tam, McRonald, Miodu! - zawołał do karczmarza. - A żywo!
Po czym wstał, wyciagnął dłoń do Kretesa i przedstawił się.
- Jestem Artur de Tur, ale przyjaciele mówią mi Artur. Z zawodu jestem tłumaczem. Głównie, tłumaczę temu tu oto mojemu kompanowi-matołkowi, co i jak ma robić. Bo to młot jest straszny, prosze pana, jakiś. Choć się stara - trzeba przyznać! A, że przy okazji, trzech słów nie potrafi do kupy porządnie sklecić, to wołam na niego Trzypotrzy.
- A jestem Kretes a przyjaciele wołają na mnie Kretes - przedstawił się Kretes.
Uścisneli sobie dłonie i upili po łyku właśnie przyniesionego miodu.
- Znaczy trafiłem pod własciwy adres? I teraz wszystko się wyjaśni? - zapytał z nadzieją Kretes.
- No... nie tak od razu - odpowiedział mu Artur. - My tylko rozwieszaliśmy ogłoszenia. Bo rozumiesz - upił nieco z kufla. - Jesteśmy na służbie u jednego takiego... Yeti. Wielki był z niego dawniej rycerz. Niestety staruszek na starość zdziwaczał. Zaszył się w górach. Siedzi ciągle w swojej jaskini i medytuje. A powiadają, że mocą tajemną jest obdarzony i przyszłość widzi. No więc, kilka dni temu kazał nam w drogę ruszyć i ogłoszenia rozwieszać. To i ruszyliśmy. I więcej nic, prócz rady, że jak szukać go byś chciał, to na północ się udać ci trzeba. Będzie z trzy dni marszu. A jak dotrzesz do gór, to ktokolwiek spytany - drogę do jaskini ci wskaże.
- A czy wy...
- Wiedziałem, że o to zapytasz. Niestety... Nas obowiazek w inną stronę prowadzi. Będziesz musiał sam...
- ... sam sobie radzić. - dopowiedział niespodziewanie Trzypotrzy i zagwizdał przeciągle na widok drabów, którzy podeszli do ich stołu.
Grupa składała się z dwuch niedźwiedzi i lisa. Lis stał z przodu i był najwyraźniej kierownikiem brygady. Cała trójka wygladała nieciekawie. Jeden z miśków miał mordę całą w bliznach, drugi opaskę na oku. Lis trzymał w łapie nóż. Niedźwiedzie nic nie trzymały. Wystarczył widok ich umieśnionych łap, aby dojść do wniosku, że broń w ich przypadku to przesada.
- Te! Okularnik! Mojemu koledze Grzmotowi się nie podoba twoja wredna morda - zagaił ryży. - Co nie, Grzmot?
- Yhy - potwierdził ten z opaską
- Ale widzę, że o ile z wyglądem Bozia się nie postarała, to jeżeli idzie o uzbrojenie, jest o wiele lepiej - powiedział, gapiąc się łakomie na miecz Kretesa. - Zawrzyjmy układ. Zostawiasz to cacko nam i znikasz. A jeżeli zrobisz to grzecznie, to misie cię nie przytulą. To jak?
Kretes, Artur i Trzypotrzy siedzieli skuleni ze strachu. Kretes trzymał miecz, Trzypotrzy trzymał łyżkę a Artur trzymał się stołu. Kretes opanował jakoś szczękanie zebów i powiedział do zbirów:
- Panowie. No jakże to tak? Usiądźmy, pogada...
I w tym momencie wydarzyło się coś dziwnego. Przymuszony jakimś wewnętrznym rozkazem, Kretes wskoczył na ławę i zanim Artur i Trzypotrzy zdołali go powstrzymać, wyciągnął miecz w stronę napastników.
- Kto z mieczem wojuje, ten od maczugi zginie! - i ruszył do ataku.
Kretes miał nieodparte wrażenie, że to miecz sam walczy, ciągnąc go za sobą.
Lis oberwał pierwszy. Mocny cios kamieniem, wbił mu hełm aż na oczy. Kretes wykręcił piruet na podłodze, w biegu uderzając Grzmota w okolice ogona. Po izbie rozniósł się smród palonego futra. Grzmot z wrzaskiem rozbił szybę i ciągnąc za sobą smugę dymu niczym kometa, wyskoczył przez okno. Drugi z niedźwiedzi, otrząsnąwszy się ze zdziwienia, ruszył na Kretesa z pięściami. Rozległ się świst miecza i osiłek usiadł ciężko na podłodze. A własciwie na lisie...
- Ha ha! I kto klapnięte uszko ma? - tryumfalnie krzyknął Kretes.
W gospodzie zaległa cisza. Tylko tu i ówdzie słyszeć się dało szczęk wysuwanych mieczy i skrzypienie odsuwanych ław.
Artur szybko podszedł do Kretesa i złapał go za łokieć.
- Słuchaj, to nie czas na wierszyki. W nogi! - i pierwszy pogalopował w stronę wyjścia.
Pozostała dwójka skoczyła za nim.
Po chwili, ruszyła za nimi grupa pościgowa...

* * * * * * * * *
Na podłodze, pod ławą, leżał podeptany buciorami, kawałek pergaminu. Napis, wykonany ozdobnymi literami, głosił:

"Jeśli wzrost twój mniej jest niż metr pięćdziesiąt.
Jeśli zagubionym wędrowcem jesteś, nie stąd.
Jeśli miecz, co mieczem nie jest, dzierżysz w dłoni.
Jeśli przyszłość twą niejasną, złowrogi cień przesłonił.
Jeśli misji swej tajemnej, podjąć jesteś się gotowy.
W góry udać się musisz. Resztą nie zaprzątaj głowy.

Pomogę ci. Jestem twoją jedyną nadzieją.

Czekam - Rycerz Y."

_________________
Znikam do końca wakacji. . . . .


Pt, 10 cze 2005, 12:38
Ekspert w Dziedzinie Cementu
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 7 lut 2005, 16:05
Posty: 1512
Lokalizacja: inąd
Naklejki: 3
Post 
Jee, cool to się nazywa opowiadanie!!! Chyba się już domyślam fabuły... ale ddawaj jak najszybbciej kolejny odcinek

_________________
Piszę poprawie po bangleszstańsku.


Pt, 10 cze 2005, 13:05
Bywalec Nory
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 8 lut 2005, 10:10
Posty: 89
Naklejki: 1
Post 
Rozdział 4

W którym Kretes, przez chwilę czuje sie prawie jak w domu a potem jest całkowicie zawiany. Natomiast czytelnik, może się na przykładzie przekonać, że pozory rzeczywiście mylą. Dodatkowo - Kretes nie lękajac się niczego, zjada zupę...



Kretes przedzierał się przez olbrzymie zaspy. W kilku miejscach zwały śniegu były tak wysokie, że praktycznie musiał drążyć w nich tunele. Gdyby nie kolor i temperatura ścian, czułby się w tych zaspach jak w domu.
Kilka godzin temu spotkał, idącą w przeciwnym kierunku, grupę podrózników prowadzoną przez Elfa. Ten przywitał się grzecznie i na pytanie Kretesa odpowiedział, pokazując palcem wysoką, straszną górę:
- Caradhras. To jest cel twojej wędrówki. Ale uważaj, bo już od dawnych dni, szczyt ten ma też inną nazwę... Okrutnik. My nie daliśmy rady. Powodzenia. - I zwracając się do reszty, powiedział - No, Chommici i reszta... ruszamy.
Kretes przypomniał sobie, że stał i patrzył na oddalających się wędrowców. A przez głowę przemknęła mu wtedy myśl o zaprzestaniu wspinaczki i dołączeniu do tamtej kompanii... Była to jednak tylko chwila. Kretes westchnął pod nosem i ruszył w dalszą drogę.
Było to kilka godzin temu. Teraz zaś wspinał się uparcie, rzuciwszy wyzwanie Okrutnikowi.
Groźny szczyt nie miał jednak zamiaru ułatwiać kretowi wędrówki. Powołując się na swoje imię, rozpętał taką śnieżycę, że świat praktycznie przestał istnieć. Nieprzenikniona biel otoczyła Kretesa ze wszystkich stron, a temperatura - dotychczas i tak daleka od pokojowej - spadła o kilka stopni. Kretes czuł, że traci siły. Miał wrażenie, że przebiera nogami w miejscu.
- Trzeba to przeczekać - powiedział do siebie i zaczął kopać w śniegu.
Wykopawszy w zaspie jamę, wszedł do niej i trzęsąc się z zimna usiadł na śniegu.
- Przynajmniej nie wieje - stwierdził, zacierając ręce. - Chyba czas coś zjeść.
Sięgnął do torby podarowanej przez Artura. Niestety, trzy dni wedrówki mocno nadszarpnęły zapasy, jakie dostał na drogę. Wyciągnął ostatnie jabłko i mały kawałek twardego sera. Było to wszystko co miał. Mimo to, nie zastanawiając się, zjadł wszystko i popił śniegiem.
- A teraz niech się dzieje co chce - pomyślał i szczękając zębami, zwinął się w kłębek.
Po chwili w śnieżnej norze słychać było chrapanie.
Na zewnątrz zaś, zawieja zaczęła popisywać się przed temperaturą.
A temperatura nie pozostała dłużna.

* * * * * * * * * *
Kretes obudził się i pomyślał, że coś jest nie tak jak być powinno. Nie było mu zimno. Leżał na czymś miekkim i wyraźnie czuł, że jest przykryty czymś ciepłym. Otworzył oczy... i zobaczył pochylonego nad sobą dziwnego, futrzastego stwora. Niezastanawiając sie wiele, wyskoczył z łóżka i chwycił za miecz..
- Swą broń odłóż, krzywdy wyrządzić ci nie chcę - powiedziało niskie stworzenie. - Dlaczego tu jesteś zastanawiasz się? W śniegu zmarźniętego cię znalazłem i do siebie wziąłem. Ale, co w śniegu robiłeś, zagadką dla mnie jest.
- Szukałem kogoś.
- Szukałeś? Znalazłeś kogoś, powiedział bym.
- Raczej nie. Szukam wielkiego wojownika - Kretes usiadł na brzegu łóżka.
- Wojownika? Wielkiego? Wojna wielkim nikogo nie czyni - ze smutkiem w głosie odparł futrzak. - Ale pomóc ci mogę. Bo zdaje się - przyjaciela znalazłem.
- Nie szukam przyjaciela, szukam rycerza co gdzieś tu mieszka.
Stwór odwrócił się i spojrzał na Kretesa.
- Ooo! Starego Yeti ty szukasz...
- Znasz go?
- Mhm... przedstawić mu, cię mogę - skinął głową stwór i podrapał się w wielką stopę. - Ale teraz jeść musimy - podszedł do gara zawieszonego nad ogniskiem, palacym się pośrodku jaskini.
- Masz... pyszne, masz - i podał Kretesowi miskę.
Kretes przyjął gorącą strawę z wdzięcznością. Zjadł kilka łyżek.
- Jadłem kiedyś podobną, tyle że z Lebiodki.
- Korzeniuszka to jest. Dobre co? Sam gotuję!
Kretes przerwał i wskazując łyżką na wyjście z jaskini, zapytał:
- Jak daleko do Yeti? Długo trzeba iść?
- Niedaleko. Yeti niedaleko. - Stwór bujał się na swych stopach, niczym koń na biegunach. - Czemu Yeti spotkać pragniesz?
- To ze wzgledu na misję - odpowiedział Kretes, kończąc zupę.
- Misję? Ciężka ona będzie...ciężka...
- Daj spokój, skąd możesz to wiedzieć? Marnuję tu tylko z tobą czas... chociaż zupa była niezła.
Stwór zamyślił się i powiedział kręcąc głową:
- Hmm... Uczyć go nie mogę, cierpliwości kretu brak...
- Nauczy się cierpliwości - niespodziewanie odezwał się miecz.
Kretes z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami, patrzył to na miecz, to na długowłosego karzełka.
- Nie gotów on jeszcze! - rzekł kudłacz, tym razem wyraźnie w kierunku miecza.
Kretesowi zaczęło coś świtać w głowie. Czuł jak gorąca zupa, roztapia lód w jego mózgu. Kilka razy bezgłośnie otworzył i zamknął usta, po czym wskazał palcem stwora i zapytał... a właściwie stwierdził...
- Yeti? Ty jesteś Yeti!
Yeti skinął głową i uśmiechnął się pod nosem.
- Ale jak to? Nie gotów? Zaraz!... Mogę wykonać tę misję, jestem gotowy! - wyrzucił z siebie Kretes.
- Co o gotowości wiedzieć ty możesz... - odparł Yeti i zadał pytanie mieczowi: - Skończy co zaczął? Wiedzieć powinieneś, ty go tu sprowadziłeś...
Słysząc to, Kretes wstał i wyprostował sie dumnie na całą swoja krecią wysokość...
- Nie zawiodę cię! Nie takie rzeczy z Reksiem robiłem. Nie boję się!
W jaskini zapadła cisza. Yeti zamieszał w kociołku z korzeniuszką i spojrzał na Kretesa.
- Ale będziesz... będziesz sie bał...

* * * * * * * *
Niedawna śnieżyca okryła cały górski krajobraz białą, puchową kołdrą. Drzewa pochylały sie ku ziemi, próbując strząsnąć z gałęzi nadmiar śniegu. Wielkie głazy leżące tu i ówdzie, przypominały gigantyczne ciastka z kremem. W cieniu jednego z nich, tuż obok wejścia do jaskini, siedział - prawie całkowicie przysypany śniegiem - biały królik. Jego długie, postawione uszy skierowane były na wejście do groty.
Co chwila ślinił końcówkę małego ołówka i zapisywał na kartce podsłuchane fragmenty rozmowy, toczonej w głębi góry. Po kilku godzinach - gdy słońce skryło się już za ośnieżonym szczytem Okrutnika - schował notatki do kieszeni swego - równie białego - płaszcza , naciągnął na głowę kaptur i zmrużywszy swe czerwone - złowrogie oczy, powiedział do siebie:
- Oj! Nieładnie tak knuć i spiskować... Nieładnie! Czas najwyższy powiedzieć o tym komu trzeba. - Nastepnie uśmiechnął się pod wąsem i pobiegł w dół, ku dolinom...

_________________
Znikam do końca wakacji. . . . .


Pt, 17 cze 2005, 14:19
Norman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 1 maja 2005, 10:09
Posty: 204
Lokalizacja: Green Hill Zone
Post 
Cool :D

_________________
Pff...


So, 18 cze 2005, 08:12
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Odpowiedz w wątku   [ Posty: 51 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna strona

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
No nie wierzę, forum działa dzięki phpBB! © 2000, 2002, 2005, 2007, 2010, 2013, 2019 phpBB Group.
Designed forum urobiony przez STSoftware dla PTF.
Tłumaczenie skryptu od phpBB3.PL