Teraz jest 03 gru 2020 02:25



Odpowiedz w wątku  [ Posty: 6 ] 
Spielmauster i Czarodzieje (RPG) 
Autor Wiadomość
Projektantka Mostów
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 28 sie 2011 20:11
Posty: 308
Lokalizacja: W kapeluszu. Chyba.
Naklejki: 3
Post Spielmauster i Czarodzieje (RPG)
Spoiler: to nie jest prawdziwe RPG.

Opowiadanko raczej humorystyczne, pisane dla rozluźnienia. Nie bierzcie tego zanadto poważnie ;) Przepraszam za błędy, jak jakieś są, to możecie napisać, edytnę :mrgreen:

Exp 1
Jeden z Siedmiu


Spielmauster, rozpychając się łokciami, zrobił sobie trochę miejsca, po czym wykonał najwyższy i najpewniej najbardziej karkołomny skok w swoim życiu. Niestety, skok ten liczył sobie może jakieś dwa centymetry, gdyż – co jak co, – ale zaklęć na skakanie jeszcze nikt nie wymyślił (choć plotki głosiły, że profesor Gryfindyk po piorunującym sukcesie z Kulą Budyniu o smaku waniliowym dalej eksperymentuje z magią niekonwencjonalną), a lekkoatletyka nie była jego asem w rękawie. Swoją drogą, trzymał tam już kilka zwyczajnych asów kier na zbliżającą się rozgrywkę z Alem Chomikiem (który to miał więcej szczęścia niż rozumu) i więcej by się mu już pewnie nie zmieściło (1).

Ale, tak to już jest, jak się wymiguje od ćwiczeń lewym zwolnieniem lekarskim, by grywać w statki z Chrumburakiem.
Niemniej, jak przed chwilą nad głowy i czupryny (kto w podobno poważnej i szanowanej szkole magii pozwala nosić irokeza, do krećset!) nie było widać nawet milimetra z wysokiego kapelusza Burektora, tak dalej pozostawał on niewidoczny dla wykończonego ponadprzeciętnym wysiłkiem maga. Który to zresztą – również ponadprzeciętnie – obdarzony był cudownym darem astygmatyzmu.

Oczywiście, nie należy być pesymistą i patrzeć na wszystko, jak gdyby ktoś nas zza rogu potraktował Ciemnością czy jakimś innym, zapomnianym i zdominowanym przez Sen czarem ofensywnym – nie byłoby wcale aż tak źle, gdyby chociaż słyszał i wiedział, o co w tej całej równie pokręconej jak docent Snake paplaninie chodzi. Ale nie! Z tej wysokości wszelkie mądre, mniej mądre, ale na pewno długie i nudnawe wywody szanownego pana Mateusza zagłuszały szepty, szelest szat i śmichy-chichy rozradowanej młodzie…
– Ała!!! – zapiszczał swoim wysokim, mysim głosem Spilemauster, po czym natychmiast zatkał usta łapką (ile miał szczęścia, że sobie tym zabiegiem nie przygryzł palców, to tylko Szalony Kapelusznik raczy wiedzieć).

Doprawdy, wspaniale: nie dość, że nie dowie się, kiedy ma wyjść na środek auli, by dołączyć do sześciu wspaniałych (czy jak to tam leciało), to kiedy już wyjdzie, to zrobi to z połamanym ogonem. Nie ma to jak cudowny początek w karierze jednego z Rady Siedmiu Czarodziejów!

– Już ja się kiedyś na was zemszczę – wygłaszał szeptem swoje groźby Mistrz Gry, głaszcząc w międzyczasie z troską swój poharatany skarb.
Z irytacją przypomniał sobie identyczną sytuację sprzed roku: kiedy jakiś smarkaty szczeniak (dosłownie i w przenośni) brutalnie i bezczelnie zmiażdżył mu jego ukochany ogonek (tylko dosłownie i bez przenośni). Spielmauster – doprawdy, niezwykłe – w końcu się wkurzył i próbował przekuć swoją największą bolączkę w zaletę – czyli przepchać się na chama między tymi wszystkimi łapami, pazurami, ogonami i Burektor jeszcze wie czym. Pech jednak chciał, że w ten sposób nie tylko bardzo szybko wpakował się, ale i zaplątał w wielgachną szatę akurat wtenczas przybyłego Waldemara.
O dokładniejszym przebiegu tego wydarzenia szkoda w ogóle mówić: warto jednak nadmienić, iż Spielmauster na własnej skórze przekonał się o niedoskonałości swoich zaklęć leczniczych (które nigdy go do końca nie wyleczyły z tej traumy), a sam wykładowca aż do tej pory zachowywał wobec niego odpowiedni dystans i nie zamienił z nim ani słowa.

– Zero szacunku. Ta buda schodzi na psy – kontynuował wzburzony. – Zobaczycie, jeszcze zniknę cały ten wasz przeklęty uniwersytet, o! Wszystkich was w żaby pozamieniam i zobaczymy, kto tu będzie na kogo patrzył z góry i kto komu będzie deptał po ogonach!

Mistrz Gry zaaferowany swoim wymyślonym na poczekaniu pomysłem, całkowicie nie przejął się faktem, że żaby ani przez magię ani przez los nigdy nie zostały ogonami obdarzone. Bo pomysł właściwie był wcale niezły i nie trzeba było nawet czekać na jakąś lepszą okazję – jakieś łabądki, bałwanki, krety dokonujące destrukcji ratusza czy inne magiczne duperele ze starych, a nie jarych przepowiedni.
Po pierwsze: jak wszystkie znaki na ziemi, niebie i ogonie wskazywały – z tej perspektywy i tak nikt go nie widział. Po drugie: zaklęcie było banalnie łatwe i zanim ktokolwiek by się zorientował, mógł je wykreślić w trymiga.

Nie myśląc wcale więcej (a może nie myśląc wcale), podziękował sobie w duchu, iż nie rzucił tego wszystkiego w diabły, kiedy docent Serpentus Snake już na pierwszych zajęciach dał mu do zrozumienia, że takich jak on, to zjada na śniadanie. Wyciągając z rękawa różdżkę (z tego, w którym to nie trzymał asów, a inne karty, kostki i szpargały) zaczął odmawiać tajemną mantrę:
– O, wielka, Magiczno Auro Uniwersytetu! Nie zawiedź swego Mistrza, jak i Opiekuna, gdy potrzebuje ciebie i kiedy zwraca się ku tobie!... Bo jak zawiedziesz, to osobiście dopilnuję by się ciebie pozbyli i wymienili na nowszy model.

Magiczna Aura Uniwersytetu okazała się być faktycznie bardzo dobrą aurą (a przede wszystkim bardzo posłuszną i tchórzliwą) i niespełna sekundę po wykreśleniu symbolu cała sala wypełniła się kumkającymi płazami.
Nie przejmując się zbyt długo faktem, iż nie mógł w pełni dokonać swej zemsty, Spielmauster spostrzegł, że zmęczone krótkim snem i pewnie niespokojnym, pełnym wrażeń życiem oczy Burektora spoglądają milcząco właśnie na niego. Oczywiście, nie było w tym nic dziwnego, jako, że był teraz jedyną osobą na sali przekraczającą wzrostem cztery centymetry i że oczy, zwyczajowo, raczej nie mówią.
Podjąwszy zapewne słuszną decyzję, by nie próbować zagaić towarzyskiej pogawędki o jednej z rzekomych plag egipskich, które to się właśnie rozegrały, Spielmauster ruszył dziarskim krokiem przed siebie. Niezbyt starając się o bezpieczeństwo nie tak dawnych studentów, doczłapał się wreszcie do schodów, w międzyczasie obserwując, jak profesor Gulguldryk Gryfindyk raz po raz z przejęciem przeciera to oczy, to okulary, najwyraźniej szukając odpowiedzi na niezadane pytania i starając się sobie przypomnieć wczorajszą noc.

Zanim jednak Spielmauster zdołał postawić ten jeden mały krok dla myszy… Ach, nie czarujmy się (tak na ironię): dla myszy to i tak był wielki krok – by odebrać zasłużone mu zaszczyty i – nareszcie – jakieś normalne szaty godne czarodzieja, zamiast tych brudnych, brunatnych peleryn i kapturów, czyli czerwoną sukienkę w gwiazdki (wspominaliśmy już o najnowszej modzie w Krainie Czarów?... Nie?), z boku dało się usłyszeć niczym - jeszcze - niezmącone (no, tylko jakimś kumkaniem, ale kto by tam zwracał uwagę) wiwaty Chrumburaka.
Spielmauster uśmiechnął się promiennie, ściskając ciepłą łapę Mateusza. Chrumburak ochoczo zaklaskał.
– Chwileczkę – zagrzmiał głos Serpentusa.

Wszyscy ucichli. Nawet żaby przestały rechotać. Chrumburak opanował się dopiero wtedy, kiedy Serpentus własnoręcznie… Własno… Nie no, własnoogonowo może?... Eeeeee… Osobiście zatkał mu buzię kulą budyniu.
Wykładowca magii drugiego poziomu wśliznął się na sam środek auli.
– Czy naprawdę NIKT nie zauważył, co się właśnie wydarzyło?

– Ty też to widzisz – Gulguldryk załamał skrzydła.
– Niewątpliwie przepowiednia zaczyna się spełniać – dramatycznie orzekł Snake.
– Nigdy więcej nie będę próbować tworzyć zaklęć z galaretką, nigdy… Trop z budyniem był dobry, ale wiedziałem, że z galaretką jest coś nie tak!... Serpentusie, błagam, powiedz mi, że nie próbowałeś jej jeść…
Serpentus strategicznie postanowił zignorować Gryfindyka.
Spielmauster z największym w życiu uśmiechem na pyszczku przełknął nerwowo ślinę, kiedy docent skierował na niego swój wzrok godzien samej meduzy. To instynkt przetrwania. Burektor nerwowo podrapał się po nosie.
– Zgubiłem okulary – przyznał Mateusz pokornie. – A bez nich jestem ślepy jak kret i wcale nie widzę w ciemnościach. Jeśli mogę zapytać, drogi Serpentusie, czy wydarzyło się coś ważnego?
Serpentus zasępił się nieprawdopodobnie, biorąc pod uwagę, że do sępa mu raczej daleko.
– Od przeszło stu lat nie widzę – wyznał Waldi.
– A nic nie słyszysz?
Zapanowała cisza.
Żaby natychmiastowo podchwyciły zabawę i założyły się, że ta, która najdłużej będzie milczała, dostanie największą porcję much z ostatnich ćwiczeń z panem nieśmiałym lwem. Stawka była wysoka, więc wszystkie konkurowały w niezgodnym milczeniu.
Waldemar Mors, ku rozpaczy wykładowcy, pokręcił przecząco głową.

– Widzieć… Co znaczy widzieć? – rozpoczął dotąd milczący Barandalf, z tylko sobie znaną manierą filozofa. – Wydarzyć, ach, wydarzyć, wiatr z każdą sekundą mocniej uderza o ściany, a każda chwila przybliża nas do klęski…
– Kiedyś to moje gapiostwo sprowadzi na nas nieszczęście – westchnął gorzko Burektor do Spielmaustera, nie wsłuchując się zanadto w monologi opiekuna Bobroru. – Tyle już rzeczy przepiłem! A wszystko na mojej głowie, laboga, zgubię jeszcze kiedyś jakiś ważny artefakt, magiczną kość, nie daj łosiu…
Spielmaustera tak bardzo poruszył żywy lament Mateusza, że aż nabrał ochoty, by pocieszająco poklepać go po plecach czy po ramieniu – ale zważywszy na swój niezbyt imponujący wzrost, łapka zamarła mu w połowie drogi. Pokiwał za to w pełni zrozumienia gło…
– JA NIC NIE WIEM! – przez cały uniwersytet przemknął z siłą dwustu decybeli dramatyczny krzyk Chrumburuka.

Serpentus Snake zwinął się nerwowo. Pod nosem zaczął mamrotać jakieś zaklęcia, zapewne, aby uratować biednych studentów, roztargnionych czarodziejów i całą Krainę Czarów od zagłady… A może tylko klął jak zdziwaczały gbur, czy kierował inne, niemniej niecenzuralne słowa pod adresem winowajcy Spielmaustera.
– Przepraszam – Mistrz Gry pociągnął za szatę przejętego Burektora. – Ale wydaje mi się, że dobrze już byłoby skończyć tę farsę.
– Oj, słusznie prawisz… – przyznał Mateusz z powagą. – Wiedziałem, że decyzja o przyjęciu cię do Rady była właściwą, jako jedyny zachowałeś głowę w tym całym rozgardiaszu!… Nie przejmuj się Serpentusem, nigdy cię specjalnie nie lubił…
– Po prostu nie wierzę! Ta buda schodzi na psy – wyrzucił Snake, tracąc cierpliwość.
– Wybacz mi, mój drogi, ale czy „buda” albo „psy” są dla ciebie problemem? – zagrzmiał Burektor.
Serpentus od niechcenia machnął ogonem.
– E, wracam do swojego arrasu. Miłej zabawy.
Spielmauster odetchnął z ulgą, po czym ze stoickim spokojem odprowadził go wzrokiem – licząc po cichu na to, żeby po drodze nie zechciał odwrócić głowy.
Czując w sobie, że największy wyczyn w swoim życiu ma już za sobą (a przy okazji może i największy problem), spojrzał z nostalgią na swoje niechlubne dzieło.
– Kiedyś – westchnął cicho. – Kiedyś być może was odczaruję… Wykorzystam zaklęcie ***… Jak tylko przypomnę sobie jego wzór (2)...
Spielmauster jednak po sekundzie zapomniał o swojej wielkoduszności, a może raczej o swoim sumieniu, gdy wpadł na pomysł, że tekst „miłej zabawy” świetnie nadałby się do jakiejś gry przygodowej.

– Spielmausterze – Burektor odchrząknął, skupiając na sobie spojrzenia jeszcze pozostałych Czarodziejów z Rady, – pełnienie tej funkcji to niezwykle ważne i trudne zadanie. Nieraz będziesz świadkiem ekscesów Krainy Czarów i kaprysów jej Twórców. Zdajemy sobie sprawę, że nadszedł dla nas trudny czas, czas, kiedy wypełnić się może tragiczna przepowiednia, kiedy studnie magiczne wysychać zaczną, a deszcz żab z niebios spadnie… A jeden z nas stanie się zdrajcą. Liczymy tylko na to, że jeśli te czasy nadejdą, zdrajcą nie będziesz ty i dokonasz wszelkich starań w pokonaniu Tego, Który To Będzie Tak Potwornie Mącić…

1) Zanim zaczniecie oceniać biednego Spielmaustera zbyt pochopnie, musicie wiedzieć, że podstępny alchemik sprzedał mu wcześniej felerny eliksir wzrostu i od tamtej pory nieszczęsny czarodziej nie urósł ani cala – w przeciwieństwie do uszu, które zaczęły niesfornie wystawać ponad tiarę. Pokładamy nadzieje, że jeśli nawet nie odczuwacie w tej chwili współczucia dla niewątpliwej ofiary reklamowej manipulacji, to zrozumiecie, iż odzyskanie dużej ilości marnie przepuszczonego złota – w czasach, w których Kraina Czarów podobno w przepaść upada – co za tym idzie, kupcy podnoszą ceny, a już pierwsze co znika w Magixie to prawa o wypłacaniu odszkodowań – było dla Spielmaustera absolutnym minimum.
2) Jako, że zaklęcie, którego tak bardzo pragnął użyć Spielmauster (zgłębianie prawdy, czy rzeczywiście tak bardzo tego pragnął, nie leży w naszych kompetencjach) zostało wycofane z oficjalnych pism i nie jest dostępne dla przeciętnych zjadaczy budyniu, a obecnie jedyne źródło znajduje się w dziale ksiąg tajemnych, szerzej znanym jako „Pliki Gry” – naszym zadaniem jako Naczelnego Komitetu Edytorskiego było jego ocenzurowanie. Przy okazji tego przypisu: wiemy, że nasi przełożeni są zbyt leniwi, by czytać przypisy: nie polecamy tej fuchy, płacą pięć sztuk złota za korektę tego typu „dzieł” i dają mało wolnego.

_________________
To właśnie jest kolor mojej magicznej aury. Pamiętaj, że po niej zawsze przychodzi czas na zaklęcie.
Nie no, to już 2019, a ja dalej czekam na CoS2!

Zzz... Reksie... Zzz... Więcej Reksiów...


04 lis 2018 00:00
Lider Podziemia
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 lip 2014 08:31
Posty: 1347
Naklejki: 2
Post Re: Spielmauster i Czarodzieje (RPG)
a se opowiadanko przeczytałem o Spielmausterze bardzo ładne, te gry słowne ten tego super
już myślałem, że będzie wyglądać jak prawdzwie RPG (opowiadanie eksperymentalne), ale kto wie, może i ostatni rozdział będzie rozpoczęciem ten tego jak to się mówi
RPG NIKI ;)

pozdrawiam ;)
odktor

_________________
Byłem Doktorem, ale stałem się milijardem
i za milijard ponoszę choroby psychiczne
które wyleczyłby Doktor, gdyby był lekarzem
lecz nim był, i już nie jest i nie będzie


04 lis 2018 00:20
Starszy Norman
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 sie 2012 18:14
Posty: 447
Lokalizacja: Międzysieć
Naklejki: 0
Post Re: Spielmauster i Czarodzieje (RPG)
Mmm... Bella, fantastico! Wow! Gratulacja, insfektorko!

Opowiadanie bardzo mi się podoba, czuć wyraźnie ducha tego magicznego świata i gier z Reksiem w ogóle.
Podobało mi się też, że każdy z czarodziejów został tu przedstawiony - np. mała wstawka Barandalfa - jak cieszy! Aż mi się przypominają kurchany i całe to zło w krainie Bobror.
To wszystko skłoniło mnie ponownie do rozmyślań nad tym, kto jest mącicielem. Historia z RIC sama prosi się o rozpisanie alternatywnych historii, które doprowadziły każdego czarodzieja do sromotnej klęski pod koniec części 3.
Mam nadzieję, że będą wychodzić kolejne epizody. Tak trzymaj!

Ps. (do edycji) w pierwszym akapicie, drugiej linijce jest chyba o jedno "nikt" za dużo. ;)

_________________
Mu matku! Pozdrawiam was wszystkich, ludziki dobrej woli!


04 lis 2018 16:33
WWW
Projektantka Mostów
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 28 sie 2011 20:11
Posty: 308
Lokalizacja: W kapeluszu. Chyba.
Naklejki: 3
Post Re: Spielmauster i Czarodzieje (RPG)
Ślicznie wam dziękuję za czytanie i komentarze :DD
Błąd poprawiony, dzięki za zwrócenie uwagi.
Nie wiem, czy następne rozdziały będą się podobały, ale trudno.
Jak mówiłam, to będzie dosyć lekkie.
A tymczasem...

Exp 2
Questy, questy… : Po obradzie; o Radzie, poradzie i obowiązkach płynących z levelowania.


– Skoro formalności mamy już za sobą…
Burektor wraz z nowo mianowanym Spielmausterem przemierzali dość szybkim krokiem kolejne, wielkie korytarze Uniwersytetu. Zważając na to, iż do tej pory nikt nie zgłosił się do burektoratu z ofertą: „Wypłacę trzysta sztuk złota za odnalezienie moich okularów” – a za darmo nikomu (wliczając właściciela) nie chciało się ich szukać, Spielmauster ostrożnie utrzymywał odpowiedni dystans.
– …możemy przejść od razu do rzeczy.

Mistrz Gry niemalże rozpłaszczył sobie nos, kiedy zderzył się z nogami Burektora, zatrzymanego nagle, w pół kroku, ni z gruszki a tym bardziej z pietruszki. No tak! Tuż nad jego obolałą mysią głową wisiał niesławny „Dyplom uznania dla najlepszego Burektora szkół magicznych roku 19364”, który to Mateusz – ze zranioną dumą – kupił na rynku miejskim od Lisa Chytrusa z budżetu Uniwersytetu (fundusze na zdatne miotły do dyspozycji dla uczniów nie odnalazły się aż po dzień dzisiejszy i nic nie wskazywało na to, że sytuacja miała się zmienić). A potem – już najwyraźniej z dumą, po godnym leczeniu (ciekawe, czyje to tym razem mogły być pieniądze) – powiesił na ścianie tuż koło drzwi swojego biura.
Spielmauster zaczął się zastanawiać, jak stary jest Burektor i ile potencjalnie cudownych, wspaniałych i fantastycznych lat przebimbał, zmarnował i bezpowrotnie przetracił na tym przeklętym uniwerku, iż będąc wpół ślepym zdołał bez większych wpadek i spotkań trzeciego stopnia z murami, figurami i innymi fontannami dotrzeć w jednym kawałku na miejsce.

W chwili, w której Mateusz przekręcił klucz od wrót swojego gabinetu, biedny Mistrz Gry niemalże sam się przekręcił.
– Jaki bajzel! – moc tych słów była tak wielka, że mogłaby przełamać wszystkie bariery magiczne, które w geście dobrego wychowania mógł wykreślić czarodziej, aby zamknąć swoją niewyparzoną jadaczkę (1).
Nazwanie tego chlewem byłoby ujmą dla Chrumburaka i jego małego, murowanego domku.
– Tak… – westchnął Mateusz ze stoickim spokojem – przydałoby się kiedyś tu posprzątać.
Spielmauster w geście desperacji i aby upewnić się, że go oczy nie oszukują, a nikt w akcie zemsty nie rzucił na niego Kół ani Wirów, przetarł okulary, rozejrzał się po bokach, przetarł oczy i jeszcze raz przetarł okulary. Nareszcie zrozumiał, dlaczego Burektor bez przerwy coś gubił.

– A myślałem, że nic nie pobije mojego pokoju w akademiku – wydusił z siebie z dziwną mieszanką dumy, nostalgii, podziwu dla artystycznego chaosu i pogardy dla chaosu w ogóle. – Brakuje tylko wielkiej dziury w ścianie.
Ale Burektor Mateusz już go nie słuchał, gdyż będąc wielce skupionym, starał się właśnie przecisnąć między kolejnymi kolumnami ksiąg i papierów. Przez głowę Spielmaustera przemknęła (niesamowita) myśl, że może bycie tak dużym ma jakieś tam (jeszcze bardziej niesamowite) minusy.

– Może pomogę – zaproponował wspaniałomyślnie, a raczej bardziej entuzjastycznie, stawiając krok do środka.
Charakterystyczny odgłos chrupania uświadomił mu, jak wielki popełnił błąd.
– Znalazłeś moje okulary! – ucieszył się Mateusz.
Spielmauster podniósł drżącą łapką zgniecioną oprawkę i to, co jeszcze zostało ze szkieł. Podczas tej ryzykownej akcji ratowniczej stracono bezpowrotnie kolejne kilka odłamków.

Burektor cmoknął (powietrze jednak nie odwzajemniło jego gestu, nie będąc nim najwyraźniej w żaden sposób zainteresowane), po czym wyciągnął swoją różdżkę z tiary – przy okazji odnajdując tam zalany zegarek, duży tęczowy parasol (trochę zużyty) i profesjonalny kij do krykieta firmy „Flaming, jeże i spółka”. Używając magii złożył niedawną zgubę w jedną… No, załóżmy, że w miarę spójną całość.
– Nie chcesz wiedzieć, ile razy już je składałem.
Spielmauster, w istocie nie chciał.

Matuesz odzyskawszy wzrok, niemalże stracił go z powrotem (wraz z życiem).
– JAKI BAJZEL!
Mistrz ze zrozumieniem pokiwał głową.

Burektor podszedł do biurka, dobrze się zamachnął i właśnie tak jeszcze więcej nikomu nie potrzebnych bibelotów wylądowało z hukiem na już nieźle zagraconej podłodze. Spielmauster aż zadrżał.
Zrobiwszy w ten sposób względny porządek, Mateusz z godnością zajął swoje miejsce przy blacie. Kilka kiwnięć magicznym kijaszkiem wystarczyło, by w chmurze dymu pojawił się żółty skrawek papieru.
– Ogłoszenie nieaktualne – mruczał, skrobiąc coś jak kura pazurem, a nie jak pies piórem. – Zapłacę taką samą kwotę trzystu sztuk złota za uprzątniecie mojego ga-bi-ne-tu…
Po równie godnym załatwieniu sprawy odesłał piśmidło z powrotem.

– No – orzekł wyraźnie zadowolony. – Spielmausterze, usiądź proszę.
Zrobiwszy sobie trochę miejsca, Spielmauster usiadł. Przed jego oczami malowniczo malował się nieco już wyblakły brąz biurka. Wstał więc, podłożył pod siedzenie kilka leżących bezwiednie ksiąg, wybrakowanych segregatorów – najwyraźniej nadgryzionych (Co ci jego krewniacy wyrabiają! No głowa mała. Do takiej rodziny to aż wstyd się przyznawać!...) – kilka poważnych wydań Kruka Niecodziennego, kilka mniej poważnych wydań z paniami z dorysowanymi atramentem wąsami i tonę ulotek ze sklepu Ala Chomika (niech giną w męczarniach). Usiadł z powrotem i osiągnąwszy w ten sposób wyraźnie wyższy level, nareszcie dostąpił zaszczytu ujrzenia właściwie przywdzianego nosa Burektora.

– Posłuchaj mnie uważnie – zaczął Mateusz – Bardzo cię lubię…
Spielmauster taktownie postanowił przemilczeć to wyznanie.
– Głównie dlatego że nigdy nie sprawiałeś większych problemów – głos Matuesza tak szybko jak zyskał, tak stracił na dramatyzmie. – Nie podrzucałeś Waldiemu pinezek…
Spielmauster intensywnie pokiwał głową.
– Nie podrzucałeś MI pinezek… – tu również.
– Nie próbowałeś usypiać Serpentusa na egzaminach… – tu także, choć wolał się do tego nie przyznawać, że był wdzięczny komukolwiek, kto podejmował się tego ryzyka. Poza tym, stanowiło to dla niego ogromną frajdę.
– Nie obsmarowywałeś ścian budyniem… – ano.
– Nie zlizywałeś tego budyniu… – po chwili zastanowienia, również przytaknął (2).
– Nie przyprowadzałeś do szkoły Smokręta… – no ba. Ale ale… Z tego co wiedział – a może i nie wiedział w takim razie – nikt jeszcze nie próbował czegoś takiego, więc skąd nagle taka idea? W każdym bądź razie, ta brzmiała akurat całkiem klawo.
– Nie zamieniałeś innych w żaby…

.
..

– …Jest coś, o czym powinienem wiedzieć?
– Ja też pana bardzo lubię – palnął bezmyślnie Spielmauster, bardziej niż zwykle piskliwym głosikiem.

„No dlaczego, no dlaczego akurat ja!?” – odezwał się wewnętrzny, już nie tak wysoki, ale nadal zdenerwowany głos Mistrza, starającego się właśnie usilnie w tej chwili robić jak najlepszą minę do swojej, tym razem zaskakująco nieudanej Gry. – „Co ja temu światu zrobiłem, w tym czy innym życiu, że urodziłem się myszą… I co to w ogóle za tekst, jaka siła sugeruje mi takie głupoty!?”.

Cokolwiek Spielmauster zrobił, że musiał cierpieć na ciężki los gryzonia w magicznym – lecz nadal okrutnym – świecie i głównego bohatera niezbyt mądrego opowiadania, nie zmieniło to w żaden sposób faktu, że konfesja ta najwyraźniej mocno zbiła Burektora Mateusza z pantałyku. Czymkolwiek ów pantałyk w istocie był.
– C-co?... Tak?... To znaczy… Słucham?... – mocno zmieszany Burektor nawykowo poprawił okulary. Mistrz Gry zauważył wcześniej, że robił to nawet, kiedy ich nie miał.
– Ale… No… Mniejsza…
Spielmausterowi chwilę zajęło, zanim zrozumiał, że to nie wspaniała ziemia chce się dla niego rozstąpić, a to jego cud architektury powoli zaczyna się rozpadać. Najwyraźniej nawet ulotki Ala Chomika były nic nie warte i nie nadawały się choćby na podparcie taboretu.

– Nie… Nie do tego zmierzam – Mateusz nareszcie podjął karkołomną próbę wyjścia z tej krępującej sytuacji. – Jesteś wybitnym magiem… To znaczy… – gorączkowo złapał się za głowę. – Zapomnijmy o tamtym, dobrze? Będzie mi łatwiej i tobie… Może też… Niemniej, raduje mnie twoje przyjęcie do Rady. Musisz jednak wiedzieć, że ten swoisty kryzys, jaki dotknął Krainę Czarów, dotyczy również i nas, w dodatku w jednakowym stopniu. Powiem od razu: nie tak dawno temu nie mielibyśmy cię już do czego przyjmować. Ostatnio opinia o nas, nie ukrywając, nie ma się najlepiej. Zaczynając od pamiętnej sytuacji ze Złym, Siódmym Czarodziejem…

Mateusz musiał na chwilę spauzować. Spielmausterowi aż sierść się zjeżyła na plecach na to wspomnienie. Osobiście był świadkiem, kiedy stara chałupa Chrumburaka zwaliła się magowi na głowę… Biedny, biedny, biedy Chrumburak, przez cały tydzień chodził jak struty, podobnie jak i niemniej biedny Gulguldryk, który bardzo szybko pożałował dobroci serca, jaką była propozycja dachu nad głową na czas remontu. Chodziły słuchy, że do tej pory trzeźwo myślący wykładowca nie wrócił do pełni zmysłów, kiedy w środku nocy chciał skorzystać z kibelka, a obudził się pięćset metrów nad ziemią, bo ktoś omyłkowo zgubił pod jego łóżkiem jakąś zaczarowaną fasolę.

–… Kończąc na fakcie, że w żaden sposób nie możemy zapobiec zbliżającej się tragedii. Nasza, cóż, bierność, doprowadziła do swoistego buntu i chęci bojkotu całej Rady Siedmiu Czarodzie…
Burektor uciął wpół słowa i nagle, zdaje się, niewyobrażalnie został pochłonięty przez walający się bezpańsko po kątach model dziwnego i bliżej nieznanego układu planetarnego. Pomijając zupełnie fakt, że tylko jeden Twaróg wiedział, co to ustrojstwo tam robiło, Mateusz zdawał się głęboko nad czymś zastanawiać.
– …jów… Ale sprawę udało się cicho i bezkonfliktowo zażegnać.
Brzmiał zupełnie nieprzekonująco, ale to, iż oboje mieli swoje za uszami – i oczywiście nie chodziło tutaj ani o tiary, ani tym bardziej o ten paskudny tonik, którym Spielmauster gorączkowo się smarował, by doprowadzić swoje słuchy do należytego porządku – przywróciło Mistrzowi pewności siebie.

– Stąd moja wskazówka: dobrze by było, gdybyś zajął się czymś pożytecznym. Masz łeb na karku, więc wiesz, o czym mówię. Nie starczy nam mocy, jeśli znowu będziemy musieli… Ekhm… Generalnie, nie chcemy znowu wyjść na leni i partaków – podsumował. – Niestety, nie mam bladego pojęcia, czym mógłbyś się zająć, więc będziesz musiał wynaleźć coś sobie sam…

Spielmauster podrapał się po karku.
Jego nowa, czerwona sukienka miała strasznie drażniącą metkę.

– Aaaalbo… – kontynuował Mateusz – przynajmniej udawać, że coś robisz. Jak wszyscy. Barandalf sprawuje władzę nad Bobrorem, a tak naprawdę włóczy się tam i z powrotem. Gdzieś w tonie tych rupieci powinienem mieć nawet jakieś pamiątki od niego z tych jego podróży. Waldi jest już praktycznie na zasłużonej emeryturze, jako, że nikt nie zdaje egzaminów z drugiego roku. A do mnie to już nawet pies z kulawą nogą nie zajrzy (3).

– To musisz się tutaj bardzo nudzić – zauważył obiektywnie Spielmauster.
– E, nie jest tak źle – westchnął Mateusz. – Rozwiązuję krzyżówki, rozkładam tarota, czasem tego pasjansa, co mi dałeś na urodziny. Da się żyć.
– Skoro tak…
Spielmauster wstał, omal nie rozpłaszczając nosa po raz kolejny: zapomniawszy, na jaką wysokość uprzednio się wspiął.
– Następnym razem… Dam ci coś ciekawszego.

***

Mistrz Gry wyszedł na korytarz z poważnym zamiarem przywrócenia chwały Wielkiej Radzie Siedmiu Czarodziejów.
Przywitało go iście kakofoniczne kumkanie.
Z racji takiej, że dalej nie przypomniał odpowiedniego zaklęcia, a Burektor odnalazł… W jakiś sposób, ale zawsze – okulary, tę część przywracania chwały Spielmauster postanowił zostawić komuś innemu. Niech też się zasłuży. I potraktuje tę rozrywkę jako prezent na nadchodzące wale… Imieniny.


1) Spielmauster będąc w tak głębokim szoku i przerażeniu, w jakim w tamtej chwili niewątpliwie się znajdował, zapewne użyłby jeszcze innych, trafniejszych i zapewne bardziej dosadnych słów. Był jednak dobrym Spielmausterem i wiedział, iż w ten sposób nie wypada się wyrażać w opowiadaniu tyczącym się gry dla najmłodszych.
2) To były dawne, bardzo złe czasy, a poza tym, to wina tego świrniętego dziada w kapeluszach i jego poronionych pomysłów, sam Spielmauster wcale nie chciał tego robić i wyszło to zupełnym, bardzo zresztą niemiłym przypadkiem.
3) Spielmauster nie mylił się zanadto i Burektor naprawdę był już taki stary, iż zapomniał o czasach, kiedy jako młodziak wywijał na miotle – co skończyło się oczywiście tak, jak musiało się skończyć. Być może jednak, po prostu nie chciał pamiętać tego, jak w takim stanie musiał się wspinać przez te wszystkie schody i przeciskać przez tłumy niewychowanej młodzieży.

_________________
To właśnie jest kolor mojej magicznej aury. Pamiętaj, że po niej zawsze przychodzi czas na zaklęcie.
Nie no, to już 2019, a ja dalej czekam na CoS2!

Zzz... Reksie... Zzz... Więcej Reksiów...


27 lis 2018 20:52
Lider Podziemia
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 lip 2014 08:31
Posty: 1347
Naklejki: 2
Post Re: Spielmauster i Czarodzieje (RPG)
No, naprawdę bardzo ładne bardzo ładne opowiadanie.
Jestem zachwycony kreatywnymi, kulturalnie wtrąconomymi w tekst detalami, które nadają wspaniały klimat opowieści.

(Chociażby dyplom określający jakie to już wielkie daty w Krainie Czarów mamy za sobą, albo wstawka o Układzie Kurana, czy też wspomnienie o nieodwzajemnionym pocałunku powietrza, oraz wiele, wiele innych ;) )

_________________
Byłem Doktorem, ale stałem się milijardem
i za milijard ponoszę choroby psychiczne
które wyleczyłby Doktor, gdyby był lekarzem
lecz nim był, i już nie jest i nie będzie


01 gru 2018 17:47
Mistrz Administracyjnej Magii
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 24 sty 2009 15:23
Posty: 1751
Lokalizacja: z Angmaru
Naklejki: 17
Post Re: Spielmauster i Czarodzieje (RPG)
Dawno nie czytałem nic tak dobrego. Opowiadanie jest wyjątkowo zabawne, bardzo podoba mi się twój humor. Interesujący jest również sam pomysł utworzenia opowiadania jako prequela do RiC, pisanego zresztą z punktu widzenia bodaj najbardziej interesującego z Siódemki.

Jedno zastrzeżenie, jakie mam, to call-forwardy wepchnięte... momentami wręcz na siłę. Jakkolwiek dobre nawiązanie do późniejszych wydarzeń nie jest złe, to momentami po prostu to nie wychodzi. W szczególności chodzi mi tu o wzmiankę o dziurze w ścianie gabinetu, która... pojawiła się znikąd, po to tylko, by nawiązać do tego, że taka dziura faktycznie z czasem się pojawi, nie była szczególnie śmieszna ani nie pełniła żadnej roli poza przedłużeniem opowiadania o pół linijki.

Nie bardzo mam wenę na napisanie porządnej recenzji, więc tyle musi wystarczyć. Czekam jednak z niecierpliwością na kolejne rozdziały. :)

_________________
Obrazek
Głupcze! Żaden śmiertelny mąż nie jest w stanie mnie zabić! Teraz GIŃ!
Jeśli widzisz ten kolor, uważaj - administrator ma Cię na celowniku.
Spoiler:


18 gru 2018 20:52
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Odpowiedz w wątku   [ Posty: 6 ] 

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
cron
No nie wierzę, forum działa dzięki phpBB! © 2000, 2002, 2005, 2007, 2010, 2013, 2019 phpBB Group.
Designed forum urobiony przez STSoftware dla PTF.
Tłumaczenie skryptu od phpBB3.PL