Teraz jest 02 gru 2020 20:07



Odpowiedz w wątku  [ Posty: 7 ] 
Na Pokopańskim Bruku 
Autor Wiadomość
Działacz Podziemia

Dołączył(a): 07 paź 2013 17:16
Posty: 905
Lokalizacja: Wzgórze Melancholii
Naklejki: 11
Post Na Pokopańskim Bruku
Oto moje najnowsze opowiadanie. Ostrzegam, że jest dość nietypowe, a w pierwszych rozdziałach nie będzie za dużo humoru i akcji. Prawdopodobnie się wam nie spodoba.
No, koniec ostrzeżeń. Indżoj, albo i nie.


Rozdział Pierwszy: Jakbyście przyjechali ze wsi

Fusy już prawie opadły na dno filiżanki. Mendoza Sueno pociągnął łyk. Herbata z Szambo - La była całkiem dobra, a co najważniejsze tania, o ile znalazłeś dobrych przemytników szmuglujących ją przez sieć jaskiń. Gorzki, wręcz ziemisty smak z delikatną nutą jaśminu tworzyły naprawdę niezwykłe połączenie. Gatunek ten miał jeszcze jedną zaletę - doskonale uspokajał. A Mendoza bardzo potrzebował wyciszenia. Odstawił filiżankę na stolik, wstał i przeszedł przez skromnie urządzony pokój, tak że płomienie igrające w kominku mogły dokładnie oświetlić jego sylwetkę.
Mendoza Sueno był dość zwyczajny z wyglądu. Starszy, drobny kret w szarym płaszczu. Tym, co go wyróżniało, była postawa - nigdy nie był rozluźniony, zawsze zdecydowany i zacięty, jakby gotowy do wojowania z całym światem. I taki rzeczywiście był. Był bardzo dumny z tego, że do wszystkiego doszedł ciężką, nieprzerwaną pracą, nie tracąc czasu i majątku na zakładanie rodziny czy niezyskowne przyjaźnie. Zawsze powtarzał, że jeśli komuś się nie udało, to znaczy że nie pracował dość ciężko i marnował czas na bezsensowne rozrywki. Tak jak jego młodszy brat. Zakochał się, spłodził dwójkę dzieci i klepał biedę na rodzinnej wsi. Ten żałosny utracjusz nie poznałby się na dobrym interesie, nawet gdyby ten wyskoczył zza krzaka i palnął go w łeb! A teraz nie dość, że przysyła swoje dwa bachory, to jeszcze dzielnicę handlową wciąż terroryzuje ten podejrzany element, szajka anarchistów rujnująca tutejszy biznes. Wypisują na murach manufaktur o niewolniczej pracy, okradają przechodniów i czasem nawet napadają na różne podejrzane meliny, kabarety i tańcbudy. Sueno nigdy nie korzystał z takich usług, ale także jemu zapewniało to spory dochód, a takie gangi bardzo przeszkadzały mu w prowadzeniu interesów. Nie rozumiał także tych ich postulatów. ,,Wolność, Równość, Sprawiedliwość''. Przecież jest wolność. Jeśli komuś nie podoba się praca w jego manufakturze, to może zrezygnować. Jest także sprawiedliwość i równość. Najbiedniejszym przecież pomaga Armia Zbawienia. Sam przekazywał jej co roku odrobinę pieniędzy, bo całkiem dobrze działało to na wizerunek.
Gdyby to od niego zależało, ten margines społeczny skończyłby na szafocie. Natychmiastowo.

Wielki reflektor imitujący słońce powoli się rozgrzewał, oświetlając niewielką wioskę coraz mocniejszym światłem. Niewielka wioska powoli budziła się do życia. Sprzedawcy otwierali swoje lokale, z okien domów dało się poczuć zapach gotowania i gwar rozmów przy śniadaniu, a na ulice zaczęli wybywać przechodnie. Topera była niesamowicie uroczym miasteczkiem. Każdy znał każdego i każdy był oczywiście przyjacielem każdego. Od kilkudziesięciu lat nie doszło do najmniejszego skandalu, a szczytem nieprzewidzianych wydarzeń była borsuczyca, która wpadła do rowu. Wszystkie rodziny były szczęśliwe i w żadnej nie działo się nic niepokojącego (a przynajmniej czujne sąsiadki niczego nie zauważyły). Nawet miejscowe pijaczki były jakieś porządniejsze. Żeby chociaż miejscowy proboszcz miał romans z parafianķą - a figę!
Można się domyślić, że były to absolutnie koszmarne warunki dla młodej, ciekawej świata dziewczyny.
Tym szczęśliwsza była Carla Sueno, że w końcu wydostaje się z tej dziury i przez nawet parę miesięcy nie będzie musiała oglądać tych uśmiechniętych facjat. Z zamyślenia wyrwało ją sapanie. Odwróciła się. No tak, uwolniła się od tych facjat, ale nie od swojego irytującego brata. Nie można mieć wszystkiego. Przesadzisty Paco Sueno był kompletnym przeciwieństwem swojej filigranowej siostry zarówno w wyglądzie, jak i charakterze. Nie miał ambicji zostania kimś bogatym i sławnym, jechał do Pokopanego tylko po to, by pomóc wujowi w interesach i ,,nauczyć się gospodarności''. Carla miała prosty plan:
1. Przyjechać do Pokopanego.
2. Znaleźć bogatego i sławnego męża.
3. Żyć ponad stan do końca swoich dni.
Wprawdzie nie przemyślała dokładnie punktu drugiego, ale coś się wymyśli.
- No co tak jęczysz jak stary dziad?! - obsztorcowała go.
- Bo niosę wszystkie bagaże, w tym całą twoją szafę! - wysapał w odpowiedzi.
- Też coś! Spakowałam najpotrzebniejsze przedmioty!
- No dokładnie... Pół lumpeksu, ćwierć drogerii...
- Cicho! Nasz pociąg zaraz przyjedzie, przestań się mazać!
Rzeczywiście, po chwili na stację wtoczył się pociąg, ciągnięty przez naprawdę imponującą lokomotywę. Gdy buchające kłęby pary z jej wnętrza osiadały na barierkach, zmieniając się w krople wody, można by przysiąc, że w porannym świetle lśni nie woda, a diamenty. Nikt jednak nie zachwycał się tym widokiem, a w szczególności rodzeństwo Sueno, które natychmiast wpadło do wagonu, by zająć odpowiednie miejsca. Gdy Paco umieścił walizki oraz tobołki w odpowiednim miejscu i w końcu usiadł, odetchnął. Będzie mógł odpocząć parę godzin, zanim znów stanie się tragarzem swojej siostry. To było bardzo nie fair. Dlaczego to on ma wszystko robić? Czy to że jego siostra jest trochę słabsza fizycznie, oznacza że ma za nią wszystko robić, a ona pazurem nie kiwnie? To jest zwyczajna niesprawiedliwość.
- Rodzice dali nam jakieś pieniądze? - zapytał, gdy pociąg ruszył.
- Nie wiem, coś tam chyba dali. Poszukaj. - odpowiedziała nonszalancko, przeciągając się.
No jasne, jak zwykle wszystko na jego głowie! Jednak teraz nie chciał tracić czasu na sprzeczki. Podsmażana kanapka ze świeżymi pędrakami czekała. Szybko wstał i zaczął grzebać po kieszeniach największej torby. Na pewno rodzice zostawili trochę gotówki na jedzenie. Tymczasem Carla spojrzała przez okno.
Krajobraz Ryjo Kretos był dość monotonny, jednak miał swój urok. W końcu nie w każdym kraju patrząc za okno można było zobaczyć nietypowe formecje skalne czy fluorescencyjne grzyby, które wciąż hodowano w miejscach, gdzie nie dotarła elektryczność. Carla raz widziała nawet farmę takich grzybów. Wyglądało to naprawdę niesamowicie, tyle światła w jednym miejscu... Myśl, że Pokopane będzie jeszcze piękniejsze sprawiało, że czuła motyle w brzuchu. Chciała być tam jak najszybciej! Niestety, podróż będzie trwała jeszcze parę godzin. Weschnęła zrezygnowana i ułożyła się na siedzeniu, chcąc przespać ten czas. Tak bardzo chciała się obudzić w mieście jej marzeń...

- Carla, wstawaj... - znudzony głos brata oznajmił dziewczynie, że jej pragnienie zostało spełnione.
- Co takiego...? - musiała jednak najpierw poskładać wątki - już jesteśmy?!
- Dokładnie! Weź tę brązową torbę, ja biorę resztę - kret chwycił dwie walizki oraz parę toreb i wyszedł z przedziału. Jednak po chwili musiał ustąpić miejsca, a sciślej mówiąc, został zepchnięty przez Carlę, która rozwinęła nieprawdopodobną prędkość, znacznie wyższą niż Chico, gdy uciekał przed wściekłym borsukiem. Słaba, delikatna dziewczynka? Akurat!

Dworzec Centralny był naprawdę duży, a dla kogoś z niewielkiej miejscowości wręcz ogromny. Największym tłumem, jaki dotąd widział Paco, byli mieszkańcy zebrani na placu głównym z okazji festynu, a już wtedy uważał, że to za dużo kretów w jedym miejscu. Teraz był tak oszołomiony, że ledwo był w stanie podążać za siostrą. Jedynym, co mu to umożliwiało było jej... Niecodzienne nakrycie głowy. Jak inaczej nazwać słomiany, zdezelowany kapelusz, który ktoś sumiennie przykrył sztucznymi kwiatami? Carla mknęła w nim przez dworzec, odwzajemniając liczne uśmiechy, otymistycznie zakładając, że wyrażają one sympatię, a nie rozbawienie wywołane kiczowatym ubiorem.

Gdy rodzeństwo w końcu wydostało się z Dworca Centralnego, okazało się, że tamten tłum to jeszcze nic. Pokopane było przeogromne i pełne kretów. Tak bardzo, że przez parę minut oboje byli w stanie tylko stać z szeroko otwartymi pyszczkami. Różnica była taka, że Carla była zachwycona, a Paco przerażony. Sięgające sklepienia wieżowce, błyszczące neony, pędzące pojazdy latające i lądowe. To robiło wrażenie. Szczególnie na kimś, kto pierwszy raz widział większe miasto.
- Czy... czy to nie piękne? - westchnęła dziewczyna.
- Jak dla mnie, to przerażające! Jak my się tu nie zgubimy? - odpowiedział jej brat.
- Oj tam, zawiezie nas kierowca! Według listu wujka miał tu na nas czekać! - obejrzała się. Rzeczywiście, niedaleko stał kret w uniformie z męczeńską miną. W łapach trzymał tabliczkę z nazwiskiem ,,SUENO'' napisanym fioletową farbą. Jeśli to nie jest wspomniany w liście szofer, to nie nazywają się Sueno. To by było nawet logiczne.
- Witam pana! - Carla podeszła do niego i dygnęła, tak że kapelusik zachybotał się niebezpiecznie. Kierowca natychmiast się rozpromienił. Prawdopodobnie ucieszył się, że sam nie wygląda tak żałośnie.
- Czyżby pan i panna Sueno? - zapytał.
- Dokładnie! A teraz chowaj pan tę tekturę i mi pomóż, bo zawieziecie mnie nie do wuja, tylko na cmentarz! - sapnął Paco.
- Ojtam, mój brat lubi sobie ponarzekać! - zanegowała siostra - gdzie jest samochód i ile ma koni mechanicznych?

Willa wuja Mendozy na pewno robiła spore wrażenie. Ogromny, wiktoriański budynek z angielskim ogrodem w jednej z najdroższych dzielnic w Pokopanym. Jednak wydawał się ponury i lekko zaniedbany.
- Jaki ogromny! Wujek musi organizować wielkie przyjęcia! - zachwyciła się Carla.
- Mógłby, panienko, ale nie korzysta z tej możliwości - zaśmiał się szofer, wyjmując licznie pakunki z bagażnika samochodu - pan Mendoza jest dość skryty. Chyba niezbyt lubi towarzystwo innych osób.
- To czemu nas tu zapraszał? - Paco był sceptyczny.
- Szczerze mówiąc, sam się zastanawiam. Może on sam wam odpowie, jest teraz w posiadłości.
Rodzeństwo nieśmiało podeszło do drzwi ogromnego domu. Wielkie, dębowe z mosiężną kołatką nie zachęcały do odwiedzin. Chłopak pierwszy zebrał się na odwagę i pchnął je. Za nim ruszyła jego siostra. Oboje weszli do pokoju pogrążonego w półmroku.
- Halo? Jest tu kto...? - zapytała Carla, zdecydowanie mniej pewna niż wcześniej.
- Byłoby bardzo miło, gdyby ktoś nam odpowiedział... - wyraził prośbę Paco.
Wtedy, całkiem nagle i bez ostrzeżenia światło się zapaliło, oświetlając pokój i przerażone tym rozwojem wypadków krety. Sprawczynią poruszenia okazała się urocza starsza pani przy kości, prawdpododobnie gosposia.
- Czyżby panicz Paco i panienka Carla? Pan Sueno już was oczekuje. Wybaczcie za tą ciemność, ale pan każe gasić światło we wszystkich pokojach, które nie są używane. Chodzi o oszczędność.
- Dzień dobry, pani... - zawachała się dziewczyna.
- Och, nie przedstawiłam się? Nazywam się Felipa Achicoria - służąca dygnęła - zaprowadzę was do gabinetu pana Sueno.

Gabinet Mendozy był taki sam jak reszta domu: nieprzystępny, ponury i staroświecki. I dokładnie taki był sam Mendoza. Gdy gosposia i rodzeństwo weszli, nawet się nie odwrócił, nadal wpatrując się w okno.
- Panicz Paco i panienka Carla... - powiedziała cicho gosposia.
- Dziękuję, możesz odejść. Chce z nimi porozmawiać na osobności.
Gdy Felipa się wycofała, a chłopiec i dziewczyna podeszli bliżej, wuj natychmiast obrócił się na pięcie i usiadł za mahoniowym biurkiem, na którym leżały stosy najróżniejszych dokumentów.
- W żadnym wypadku nie jesteście tutaj z mojego dobrego serca. Jesteście tutaj tylko dlatego, że nie chce byście skończyli jak wasz godzien pożałowania ojciec. Żadnych pieniędzy na bezsensowne rozrywki, żadnego spraszania znajomych, żadnego hałasu, gdy pracuje! Czy to jasne?!
A dzień dobry to nie łaska, pomyślał Paco.
Wuj przyjrzał się im dokładnie.
- Milczenie oznacza zgodę. Umyjcie się i przygotujcie! Za dwie godziny odbędzie się ceremonia wręczenia odznaczeń, na którą zostałem zaproszony. Wy także jedziecie! Macie być gotowi za godzinę! - wstał i skierował się do drzwi - A, i przebierzcie się! Wyglądacie, jakbyście przyjechali ze wsi!

Edit: drobne błędy.

_________________
Gender? I hardly know her!


Ostatnio edytowano 09 sie 2015 20:30 przez Api, łącznie edytowano 2 razy



07 sie 2015 20:58
Lider Podziemia
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 lip 2014 08:31
Posty: 1347
Naklejki: 2
Post Re: Na Pokopańskim Bruku
Dobra, jestem pierwszym komentującym, cóż, na samym początku powiem, że to pierwsze Twoje opowiadanie jakie czytam (Niby czytałem poprzednie,ale tak urywkami i jakoś nie ciągnęło mnie do niego)

Cóż, pomysł na opowiadanie bardzo mi się podoba, brakuje mi opowiadań, o tajemniczym, słabo jak na razie poznanym w drugiej serii Podziemnym Świecie, mam nadzieję że będą jakieś podróże poza Pokopane, bo Podziemny Świat to wspaniały pomysł na opowiadanie, jak już wspominałem jest dla mnie bardzo ciekawy.

Cóż, słaba grafika 2/10, a nie, to nie komiks błędów ortograficznych i interpunkcyjnych nie zauważyłem, jeśli nawet takie są, to i tak mi nie przeszkadzają.

Cóż, sam nie wiem co tu jeszcze dodać, opowiadanie zapowiada się ciekawie, i na razie się powstrzymam od ogólnej oceny, gdyż to pierwszy rozdział.

Pozdrawiam
Dok.

_________________
Byłem Doktorem, ale stałem się milijardem
i za milijard ponoszę choroby psychiczne
które wyleczyłby Doktor, gdyby był lekarzem
lecz nim był, i już nie jest i nie będzie


07 sie 2015 21:44
Mistrz Administracyjnej Magii
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 24 sty 2009 15:23
Posty: 1751
Lokalizacja: z Angmaru
Naklejki: 17
Post Re: Na Pokopańskim Bruku
No cóż...
Całkiem ciekawa fabuła, aczkolwiek... skoro Mendoza nie troszczy się o nikogo, włącznie z najbliższą rodziną (a przynajmniej tak sam sobie i wszystkim dookoła wmawia), to... jakoś nie wydaje mi się zbyt prawdopodobne, żeby przejmował się przyszłością bratanka i bratanicy.
Rzuciła mi się w oczy spora ilość powtórzeń. Oczywiście teraz żadnego nie znajdę, ale trochę ich widziałem. Zauważyłem też jedną literówkę. Mianowicie - koniec 4 akapitu. "otymistycznie"? Powinno być "optymistycznie".
Dobrze... liczbowo...

Fabuła - 9/10. Jest ta drobna nielogiczność, a i to się pewnie jakoś wyjaśni...
Humor - 7/10. Mimo wszystko... nie wykorzystałaś pełnego potencjału z zestawienie pesymisty i introwertyka Paco z chorobliwie optymistyczną, stęsknioną do świata Carlą.
Błędy - 6/10. Trochę tego jest.
Długość - 7/10. Trochę przykrótkie...
Ogółem - 7/10. Jest dobrze, ale może być lepiej.

Czekam na kolejne rozdziały.
Pozdrawiam, Kretes102 Czarnoksiężnik Czarny.

_________________
Obrazek
Głupcze! Żaden śmiertelny mąż nie jest w stanie mnie zabić! Teraz GIŃ!
Jeśli widzisz ten kolor, uważaj - administrator ma Cię na celowniku.
Spoiler:


09 sie 2015 20:14
Działacz Podziemia

Dołączył(a): 07 paź 2013 17:16
Posty: 905
Lokalizacja: Wzgórze Melancholii
Naklejki: 11
Post Re: Na Pokopańskim Bruku
Dziękuję za oceny.

Czarny:

Tak, prawdopodobnie wyjaśnienie tej drobnej nielogiczności Cię zadowoli, ale nie mogę jeszcze go zdradzać, bo może sporo zaspoilerować.

Co do humoru, ostrzegałam że początkowe rozdziały będą go praktycznie pozbawione. Potem ruszę z kopyta.

Co do błędów... Wnikliwie wczytałam się w tekst i nie mogę znaleźć tych powtórzeń. Jakby co, słowo powtórzone po trzech zdaniach nie jest błędem.

Wiedziałam, że z długością będzie coś nie tak. W następnym rozdziale postaram się to odpokutować.

_________________
Gender? I hardly know her!


09 sie 2015 20:39
Lider Podziemia
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 lip 2014 08:31
Posty: 1347
Naklejki: 2
Post Re: Na Pokopańskim Bruku
Mi tam osobiście długość wspaniale się podoba, nie za długa, nie za krótka, gdy coś jest za krótkie, to zbyt szybko się to czyta, lecz jak coś jest za długie, to wtedy czytanie mnie męczy.

Nie przeszkadza mi to, że humoru za dużo nie będzie, bo cóż, nie wszystko musi być robione na nie-poważnie...

_________________
Byłem Doktorem, ale stałem się milijardem
i za milijard ponoszę choroby psychiczne
które wyleczyłby Doktor, gdyby był lekarzem
lecz nim był, i już nie jest i nie będzie


09 sie 2015 20:57
Działacz Podziemia

Dołączył(a): 07 paź 2013 17:16
Posty: 905
Lokalizacja: Wzgórze Melancholii
Naklejki: 11
Post Re: Na Pokopańskim Bruku
To ostatni rozdział tak zwanego wstępu, w następnym przejdziemy już do właściwej akcji. Niewiele humoru i dużo powagi, ale zamierzam wam to niedługo zrekompensować.

Rozdział Drugi: Cienie przeszłości

Gdy tylko drzwi zamknęły się za rodzeństwem, Mendoza Sueno ciężko westchnął. Miał nadzieję, że Paco i Carla nie zauważyli jego zdenerwowania, ale prawda była taka, że od dawna nie mógł skupić się na pracy, pogrążając się w ponurych rozmyślaniach. Ten jeden nieuchwytny wróg podążał za nim jak cień, ostatnio był coraz bliżej. Nie mógł go pokonać, zniszczyć, zdyskredytować. Był w stanie tylko patrzeć, jak powoli się do niego zbliża, gotowy by zadać ostateczny cios.
Tym wrogiem była śmierć.
Mendoza był coraz starszy i coraz ciężej przychodziły mu nawet proste czynności. Niedługo będzie musiał chodzić o lasce. Jego ciało było coraz słabsze, pysk coraz bardziej pomarszczony. Jeszcze do niedawna myślał, że jest nieśmiertelny, że zniesie wszystko. Teraz już wiedział, że nieważne ile będzie miał mocy i pieniędzy, ona i tak go dopadnie. Śmierć jest sprawiedliwa. Dosięgnie zarówno króla, jak i żebraka. Po jego surowym obliczu od wielu lat nie płyneły łzy, ale teraz naprawdę miał ochotę się rozpłakać. Dawno nie czuł się tak bezsilny. Tak słaby i zmęczony. Nigdy nie pozwalał sobie na słabość. Mazgaje niczego nie osiągają. Jednak co mu po wielkich osiągnięciach, jeśli i tak obróci się w proch?
Miał tylko jedną nadzieję. Dziedzica.
Nie miał dzieci, ale jego brat tak. I jeśli choć jedno nadawało się na spadkobiercę, musiał zrobić wszystko, by je do tego przygotować.
Lekko podbudowany tą myślą ruszył do swojej garderoby, by się przygotować. W końcu musi się zaprezentować na uroczystości jak najlepiej. Czy się mu to podobało czy nie, wygląd zawsze się liczył.

- Widzisz, jakie mamy szczęście?! - podniecona Carla przerzucała kompulsywnie ubrania w poszukiwaniu odpowiedniej sukienki na ten wieczór - Wujek już dziś zabiera nas na jakąś uroczystość!
- Pewnie pełną irytujących snobów - zgasił ją Paco znudzonym głosem.
- Może i tak, ale te snoby mają wpływy! To śmietanka towarzyska!
- Dla nich liczy się tylko pochodzenie. Jeśli im nie przedstawimy drzewa genealogicznego na kilkanaście stron ze znakiem autentyczności, nawet na nas nie spojrzą - kret nadal marudził.
- Jesteśmy bratankami jednego z najbogatszych przemysłowców w Pokopanym, to coś znaczy! - zirytowana dziewczyna założyła ręce na piersi.
- Z tego co wiem, szlachcice strasznie nie lubią nowobogackich, którzy samodzielnie zbudowali swoje fortuny - stwierdził głosem znawcy.
- A co ty masz takie dokładne informacje na temat stosunków arystokracji? - zapytała podejrzliwie jego siostra.
- Trochę o tym czytałem. I nie zbaczaj z tematu.
- W każdym razie, sami musimy się o tym przekonać - dziewczyna w końcu wybrała wieczorową suknię, ozdobioną sporą ilością falbanek - może wcale nie są tacy sztywni, na jakich wyglądają? Wiem, wiem, ta etykieta, stosunki klasowe i inne hemoroidy, ale... Rozumiesz, rzeczywistość nie musi być wcale taka straszna.
- Może - zgodził się Paco, wyciągając z walizki dwuczęściowy garnitur.
Nagle rozległo się ciche pukanie do drzwi.
- Ja otworzę! - uprzedził Carlę i pobiegł. Gdy tylko nacisnął klamkę, jego oczom ukazała się Felipa z dwoma zawiniątkami.
- To państwa ubrania - wytłumaczyła, podając je chłopakowi.
- Ale... my mamy własne stroje wieczorowe.
- Pan Sueno nie chce, byście wystąpili we własnych ubraniach. Woli, byście założyli te, które zostały przygotowane na takie okazje.
- No dobrze... - chłopak podrapał się po głowie, lekko zbity z pantałyku. Czy wuj miał aż taką manię kontroli, że nawet przygotował im ubrania na każdą okazję? To nie wróżyło dobrze.
- Co to? - zapytała jego siostra, gdy zobaczyła go z niespodziewaną przesyłką.
- Wujek chce, byśmy to założyli.

Paco stanął przed lustrem i przyjrzał się sobie krytycznie. Przyciasny frak na kimś szczuplejszym wyglądałby bardzo dobrze, jednak gdy opinał jego beczułkowatą sylwetkę, prezentował się dość groteskowo. Złocone guziki heroicznie trzymały wszystko w jako takim porządku, jednak w każdej chwili mogły z hukiem wystrzelić. Carla nie wyglądała lepiej. Gorset zwyczajnie ściskał jej nieprzywyczajoną do karkołomnych zabiegów upiększających klatkę piersiową, tak że ciężko było jej oddychać. Mimo wszystko granatowa suknia, białe rękawiczki i sznur pereł były naprawdę wysmakowaną kreacją.
- Eee... To chyba nie był dobry pomysł - wyraziła swoje obawy, przyglądając się swojemu lustrzanemu odbiciu.
- Jak mus, to mus.
- Tylko że jak nam to wszystko weźmie i powystrzela, to kronika towarzyska nie pozostawi na nas suchej nitki.
- Musimy zaryzykować. To i tak nic przy gniewie wujka.
- W sumie racja.
Brat i siostra westchnęli dokładnie w tym samym momencie i wrócili do przygotowań. Tego wieczora czekają ich naprawdę niezwykłe wydarzenia.
Nawet nie spodziewali się, jak bardzo.

Pokopane było wielkim, dumnym i bogatym miastem. Zdawało się uderzać w każdego turystę z nadziemia słowami ,,Może i jesteśmy prawie ślepymi stworami żyjącymi pod ziemią, ale w każdej innej rzeczy jesteśmy od was dwa razy lepsi, wy frajerzy z powierzchni!''. Nie uznawało kompromisów. Nie akceptowało porażek. Tak bardzo chciało zapomnieć o tym, że kiedyś rządziła nim garstka szczurów. To był okropny czas, ,,ciemne wieki'', wszyscy chcieli o tym zapomnieć, ale przeszłość, jak to z ciągiem przyczynowo - skutkowym bywa, ma duży wpływ na przyszłość. Często znacznie większy, niż tego pragniemy.
Takie właśnie myśli dręczyły księżniczkę Lukrecję, wygladającą nieśmiało z okna pojazdu, który był połączeniem steampunkowej machiny i staromodnej karocy. W sumie, czemu się boi? To tylko kolejne wystąpienie jej ojca, z pompatycznym przemówieniem i przecięciem czerwonej wstęgi lub uhonorowaniem kogoś jakimś orderem. Brała udział w takich imprezach setki razy i jej rola ograniczała się do stania z boku i ładnego wyglądania. To nic wymagającego i była wręcz pewna, że tym razem wszystko także pójdzie idealnie. Martwiło ją co innego.
Król Plaster był już stary. Radził sobie nadzwyczaj dobrze, ale to nie będzie trwało w nieskończoność. W końcu abdykuje albo... Nie, nie chciała o tym myśleć. Ale to się w końcu stanie. A potem ona zostanie królową. W teorii otrzymała idealnie wykształcenie i wychowanie przygotowujące ją do tej roli, ale w praktyce była przerażona. Wtedy to ona będzie przecinać wstęgi, nadawać zaszczyty i zajmować się państwem! Czy się sprawdzi? Czy lud pokocha ją tak samo jak ojca?
- Córeczko... czy coś cię dręczy? - z okropnych myśli wyrwał ją ciepły głos króla.
- Nie, tato... - zdobyła się na jak najszczerszy uśmiech. Nie chciała być dodatkowym zmartwieniem dla ojca, który ma tyle spraw na głowie.
- Za chwilę będziemy na miejscu, przygotuj się. - monarcha wygładził płaszcz, co było oczywiście niepotrzebne. Zawsze wygladał majestatycznie, tak jakby nawet przedmioty i prawa fizyki szły mu na rękę. Idealny król, idealny ojciec i idealnie prezentujący się kret. Tylko jego córka wiedziała, że był coraz bardziej zmęczony, ale wobec tłumu zawsze był silnym władcą. Lukrecja, nawet gdyby bardzo się starała, idealna nie będzie, choćby na pokaz. Nigdy.
Zwiesiła głowę, by ojciec nie zobaczył, jak wszystkimi siłami powstrzymuje się ona od płaczu.

Przez całą drogę do pałacu wuj nie odezwał się ani słowem. Widać było, że pod opiętą pomarszczoną skórą czaszką toczą się skomplikowane procesy myślowe. Nic dziwnego. Ludzie tacy jak on połowę swego życia spędzali prowadząc bilans zysków i strat, patrząc w przyszłość i analizując przeszłość. Chłodna kalkulacja była ich najważniejszym narzędziem - cała reszta tylko pomagała.
Nie oznaczało to, że całkowicie utracił kontakt z rzeczywistością, co sygnalizował, co jakiś czas rzucając groźne spojrzenie bratanicy, która trochę zbyt kompulsywnie wygładzała sukienkę. Carla była zdenerwowana jak diabli i nie była w stanie tego ukryć. Paco za to patrzył w przyszłość z spokojem godnym buddyjskiego mnicha - i tak dobrze wiedział, że choćby stanął na głowie, nie zaimponuje zblazowanym bogaczom, więc po co się starać? To tylko stata cennych zasobów, jakimi były energia i czas.

Pałac Królewski wyglądał iście bajkowo - wszystko wręcz kapało od złota, marmuru, jedwabiu i mnóstwa innych materiałów, które nawet w małej ilości były warte znacznie więcej niż cała chatka, w której mieszkało dotąd rodzeństwo. Potomkowi rodu Sueno przemknęło przez myśl, że to wszystko jest jednak strasznie niesprawiedliwe. Zamknął oczy, usiłując nie patrzeć na ten pokaz bogactwa i siły, ponieważ doprowadzał go on do dziwnego smutku. W końcu Paco, Carla i ich wuj wkroczyli do Sali Balowej. Kryształowe żyrandole, posadzka wypolerowana tak, że można się było w niej przeglądać, muzycy grający jakąś elegancką, a przy tym stosunkowo smętną melodię... To wszystko było tak surrealistyczne dla młodego kreta, że wydawało mu się, że śni. Zgromadzeni w sali arystokraci wymieniali się uwagami dotyczącymi nowo przybyłych, dla pewności robiąc to szeptem, jednak nie mogli powstrzymać złośliwych uśmiechów, które wykrzywiały ich idealnie zadbane pyszczki. Dziewczyna czuła się tak, jakby wszyscy mówili tylko i wyłącznie o niej, co w normalnych okolicznościach byłoby powodem do dumy, ale teraz doprowadzało ją do szaleństwa. Paco tymczasem rozsądnie postanowił wymknąć się do pałacowego ogrodu, dysząc ciężko. Zdecydowanie ktoś przesadził z centralnym ogrzewaniem, ponieważ temperatura w siedzibie króla przekraczała wszelkie dopuszczalne normy. Postanowił przejść się po ogrodzie, ponieważ jak powietrza potrzebował teraz chwili samotności.
Mimo że nie był zbytnio wrażliwym na sztukę osobnikiem, musiał przyznać że rzeźby dumnie stojące na cokołach prezentowały się niesamowicie w świetle reflektora imitującego księżyc. Kto by pomyślał, że zwiewne damy w pięknych sukniach ważą tony, rycerze dzierżący miecze nie zamierzają z nikim walczyć, a dzikie zwierzęta się na niego nie rzucą!
Po chwili jednak usłyszał szelest liści. Carla postanowiła za nim podążyć.
- Nadal taka pewna swego? - zapytał cierpko. Jego siostra w tym samym czasie udawała, że niesamowicie zainteresował ją kompletnie nagi cherubinek przytwierdzony do fontanny. Gdy chłopak zrozumiał, że nie doczeka się odzewu, westchnął ciężko.
- No i masz tych swoich arystokratów. Zadowolona jesteś?
- Ja... nie myślałam, że to będzie tak wyglądać.
- Pewnie czekałaś na swojego księcia z bajki, czyż nie? - uśmiechnął się drwiąco. Uważał, że naiwność jego młodszej siostry była godna napiętnowania, nawet złośliwego.
- To i tak więcej, niż twoje pragnienie kopania batatów do końca twojego żałosnego żywota! - wrzasnęła, bliska płaczu.
- Nierealnymi marzeniami się nie najesz, dziewczyno. Czasem trzeba schować dumę do kieszeni i robić to, co do ciebie należy - oparł się ze zblazowaną miną o cokół jednego z pomników. Zamierzał potraktować swoją głupią siostrzyczkę protekcjonalnie, bo na to właśnie zasługiwała, czyż nie?
- Tylko ty nie masz dumy, wieśniaku! - Carla wybuchnęła spazmatycznym szlochem i pobiegła przed siebie. Paco zbladł. Jeśli coś jej się stanie, to sobie tego nie wybaczy. Może była idiotką, ale jednak jego rodzoną siostrą. Puścił się za nią biegiem, aż w końcu wypadł z ogrodu, prosto na wydeptany placyk. Było to dość dziwne miejsce. Oprócz nie do końca pochowanych w odpowiednich miejscach grabi (będzie musiał uważać jak idzie, jeśli nie chce, by spotkała go niemiła niespodzianka), łopat, wideł i innych akcesoriów ogrodniczych znajdowały się tu także mniej konwencjonalne przedmioty, takie jak bardzo duża obroża i łańcuch. Niedaleko znajdowała się stara zagroda, której pordzewiała brama była uchylona. Może tam schowała się Carla, nie chcąc by świat oglądał ją z rozmazanym makijażem? Wślizgnął się w ciemność.
- Carla? Carla? - zapytał niepewnie, gdy jego oczy przyzwyczajały się do mroku - Car.... - urwał, ponieważ zobaczył coś, co sprawiło że jego serce stanęło, a krew stała się lodem. Wpatrywały się w niego oczy. Oczy wypełnione najczystszą nienawiścią.

_________________
Gender? I hardly know her!


12 paź 2015 15:21
Lider Podziemia
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 lip 2014 08:31
Posty: 1347
Naklejki: 2
Post Re: Na Pokopańskim Bruku
Hmmm...nadal slaba grafika hejt hejt
Część równo mi się podoba co poprzednia, chociaż jest według mnie troszku bardziej nudnawa i jakoś z hiper chęcią tego się nie czyta ale akcja się ponoć ma rozkręcić, długość jest jak najbardziej odpowiednia, nie za długa, nie za krótka, także nie zauważyłem zupełnie żadnych błędów, a zresztą, polonistą nie jestem, mogę przymknąć na to oko. Po zakończeniu widzę, że nareszcie się rozkręca akcja.
Jako że powstrzymałem się od oceny to teraz wystawie 7/10

Pozdrawiam
Doktor

_________________
Byłem Doktorem, ale stałem się milijardem
i za milijard ponoszę choroby psychiczne
które wyleczyłby Doktor, gdyby był lekarzem
lecz nim był, i już nie jest i nie będzie


21 paź 2015 17:53
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Odpowiedz w wątku   [ Posty: 7 ] 

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
No nie wierzę, forum działa dzięki phpBB! © 2000, 2002, 2005, 2007, 2010, 2013, 2019 phpBB Group.
Designed forum urobiony przez STSoftware dla PTF.
Tłumaczenie skryptu od phpBB3.PL